niedziela, 28 września 2014

31

"Pov's Jo"
Weszłam do domu i skierowałam się do kuchni, siedział tam Dean z tatą. Na mój widok znieruchomieli.
-Josie! - Krzyknął Dean.
-Tak, to ja, Josie. - Uśmiechnęłam się troskliwie.
-Może usiądziesz? - Zaproponował tata.
-Oj, spokojnie. Jeszcze sobie tutaj z wami posiedzę, ale teraz chciałabym pojechać gdzieś z Lukiem.....
-Ach... No dobrze. - Powiedział tata.  -Ale żebyś tylko nam tu wróciła. - Uśmiechnęła się mama.
-Spokojnie wrócę, wrócę. - Obiecałam. - Pa.
I poszłam do mojego 'badboy'a'.
-Już wróciłaś?
-A co masz mnie dość? Nie cieszysz się?
-Cieszę się, bardzo. - Uśmiech. - Wskakuj do auta. Mam dla ciebie niespodzianke.
-Jaką?
-Niespodziankową.
-Masło maślane.
-Skończ i tak ci nie powiem, bo mię było by niespodzianki.
-Okey. - Powiedziałam z rezygnacją.
- No. W końcu...
Wsiedliśmy i pojechaliśmy w kierunku mojej niespodzianki. Ten czas spędzony w aucie jakoś się dłużył, spojrzałam na licznik i ujrzałam, że Luke, ten pajac jechał jakby chciał, żebym zasnęła. 
-Luke, może troszkę szybciej. - Zasugerowałam.
-Jak chcesz. - I gwałtownie przyspieszył. Myślałam, że zwymiotuję.
-A może jednak zwolnij.
-Zdecyduj się, Jo.
-Zaczynasz mnie irytować!
-Ty mnie też!
-No widzisz! Zatrzymaj się, wysiadam.
-Jak? Jesteśmy w środku lasu.
-Zatrzymaj się!!!
-Dobrze, wysiadaj! Szerokiej drogi! - Krzyknął i się zatrzymał. - Tylko żebyś po mnie nie dzwoniła! - I ruszył. Zostałam sama w środku, w samym środku lasu. Stałam na poboczu i próbowałam kogoś zatrzymać, ale bez rezultatu. Ludzie przyjeżdżali obok mnie, patrząc obojętnie. Jakby mnie nie widzieli, ale nadal próbowałam idąc w kierunku domu. Szłam tak godzinę, aż w końcu zatrzymał się jakiś......motor.
-Podwieźdź cię gdzieś? - Motocyklista zdjął kask. Był umięśnionym brunetem, z pięknymi  brązowymi oczami.
-A mógłbyś? - Spojrzałam błagalnie.
-No pewnie, a po za tym takim szlicznościom się nie odmawia. - Uśmiechnął się. - Jestem Harry, a ty?
-Josephine, mów mi Jo. - Uśmiechnęłam się.
-Dobrze Jo, to gdzie jedziemy?
-Jedź w tamtym kierunku. - Wskazałam ręką. - Powiem ci kiedy się zatrzymać.
-No dobrze, to wskakuj.
I wsiadłam na tę diabelską maszynę. Jechał z idealną prędkością, nie za szybko, mię za wolno. Nie to co Luke.
Przez jego kurtkę czułam napięte mięśnie. Mimo że jechałam na motorze, czułam się bezpiecznie. Nie wiem czemu, ale przy Harrym ogółem czułam się dobrze. Wiem , że to głupie, przecież znam go od jakis 4 minut.
Rozejrzalam się i stwierdziłam, że już jesteśmy blisko. Kazałam mu zatrzymać się trochę wcześniej, nie chciałam by rodzice znów się martwili.
-To tutaj mieszkasz?
-Nie, trochę dalej, ale stwierdziłam, że mogę się przejść kawałek.
-Aha, - Odrzekł. - Nie wiem czy mi wypada, ale może byśmy się spotkali jeszcze?
-Może, ale ja mam chłopaka. - Zerknęłam na niego oczekując reakcji. - Ale spotkać się możemy. - Uśmiechnęłam się do niego.
-Pewnie że możemy. - Odpowiedział wymuszonym uśmiechem. Ta się złożyło że miałam przy sobie kredkę do oczu. Napisałam mu na dłoni mój numer i się pożegnałam.

sobota, 27 września 2014

30.

Pov's Ashtona
Siedziałem w niebie gdy nagle Bóg podszedł do mnie pytając
- Co ty tak sam siedzi?
- A jakoś tak.
- Może wejdziesz naszą imprezę aniołów?
- nie jeszcze trochę tutaj posiedzę
Bóg odszedł a ja siedziałem dalej przy wielkiej fontannie. Rozmyślałem co dzieje się u moich żywych przyjaciół. Było mi smutno że nie są przy mnie no ale chociaż żyją. Wstałem i udałem ie w stronę baru "u Mojżesza".

29.

-Ale jak to?! Tak szybko? - Zapytałam zaskoczona.
-Nie wiem czy wiesz, ale ty trochę spałaś, a to trochę trwało... Ale się udało i możemy być szczęśliwi... To jak to uczcimy?
-No nie wiem.... Zaproponuj coś. - Odparlam uradowana.
-A może tak na początek damy znać o swoim życiu rodzicom i znajomym, a później trochę zabalujemy.
-Ach tak, rodzice.

'Pov's Luke'

Poderwała się na równe nogi i pobiegła na górę. Po pięciu minutach wróciła przebrana.
-Możemy jechać. - Wysapała.
-Spokojnie, zdążymy. - I poszedłem po kluczyki. - No to chodź księżniczko. - Posłałem jej uwodzicielski uśmiech (przynajmniej moim zadaniem uwodzicielski).
-Już biegnę, mój ty badboy'u. - Nie zabrakło w tym jej ironii. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy. Po półgodzinnej jeździe dotarliśmy do domu Jo. Gdy tylko się zatrzymałem wybiegła z auta i ruszyła w stronę drzwi. Nie zdążyła zapukać, a już ktoś jej otworzył. To była mama Josie. Obydwie stały jak wryte, patrząc na siebie w zamyśleniu. W końcu mama Jo przytuliła ją i obie się teraz obejmowały.

'Pov's mama Jo'

Przed chwilą moja kochana córeczka stanęła w drzwiach po tylu dniach nieobecności. Tak się o nią bałam, ale to już minęło... Jest cała i zdrowa... Wreszcie mogę trzymać ją w ramionach. Nareszcie jest znów przy mnie.... Nareszcie....

____________________________________  Podoba się wam blog, czy nie bardzo? Dalej kontynuować nasze wypociny? Ja osobiście mam nadzieję, że się podoba.... Proszę o komentarze. ;)

środa, 24 września 2014

28.

-Luke?
-Tak?
-Mam pytanie...
-Mów, słucham. - Odpowiedział i zwrócił na mnie wzrok.
-No bo, ja...ja zastanawiałam się, co teraz będzie... I może ty znasz na to odpowiedź?
-Jak to co? Zemścimy się na Casterwill'u i będziemy żyć długo i szczęśliwie... - Pocałował mnie w czoło.
-No tak... Zemścimy, ale w jaki sposób? Przecież go nie zabijemy...
-No nie, ale możemy go wsadzić
-Do więzienia? - Przerwałam mu.
-Tak... Do więzienia.
-A co będzie dalej? Bo co jeśli wyjdzie za dobre sprawowanie albo ucieknie?
-O to się nie martw. Będzie dobrze...
-Wiem, że będzie dobrze, kiedy będę przy tobie...
-Dobra Josie.... Jadę zawieźć dokumenty na policję... Ty zostań.
-Jakie dokumenty?
-Te które mam na Casterwill'a.
-Co mam robić sama?
-Przespij się trochę. Jak wrócę Casterwill będzie już w drodze do więzienia wraz ze swoimi ludźmi. - Uśmiechnął się i poszedł.
Więc poszłam spać, mając nadzieję, że Luke się nie myli. Śniły mi się Hawaje, a ja i Luke na tej cudownej wyspie. Było nieziemsko. Drinki, słońce, morze, atmosfera... Coś wspaniałego.. Lecz gdy się przebudzilam nadal byłam w domku Luke'a. A on siedział przy mnie uśmiechnięty, mówiąc 'udało się'. Myślałam na poczatku, że to też jest sen, ale na szczęście myliłam się...