"Pov's Jo"
Nagle Luke odsunął się ode mnie, ale ja się do niego przybliżyłam.
- Cilling! Wziąć się w garść. - Spojrzał na mnie poważnie.
- Zdecyduj się. Czego w końcu chcesz? - Oburzyłam się.
- Chcę twojego bezpieczeństwa, ale jeśli będziesz odwalać takie numery... - Zaciął się i spojrzał na mnie. - Po prostu nie odwalaj już takich numerów, dobrze?
- Tak jest, panie....szefie!!! - Śmiałam się jak głupia, czyli normalnie-bo ja jestem głupia...
Luke też się śmiał, ale normalnie. Podszedł do mnie i objął...mnie oczywiście.
- No dobra Jo, wyluzuj. - Wyszczerzając się w łajdackim uśmiechu.
- To co robimy? - Zapytałam.
- Najpierw pokarzę ci broń. - Powiedział. - Chodź.
- Okey. - Złapałam go za rękę i poszłam. Zaprowadził mnie na strych. Otworzył drzwi i wprowadził mnie do środka. Wnętrze było urządzone jak pokój dla dziecka, zupełnie niepozornie. Przekonałam się o tym gdy odsunął plazmę i otworzył sejf znajdujący się za nią. Był wyładowany po brzegi pojemnikami przeróżnej wielkości. A w tych pudełeczkach...broń, jak już wcześniej wspominałam. Luke wyjął kilka i jedno dał mi.
- Otwórz. - Spojrzał na mnie jak Romeo na Julię. A więc otworzyłam. Był w nim malutki sztylecik w pochwie. - Podoba ci się?
- Tak. Jest bardzo...poręczny. - Powiedziałam dzierżąc sztylet w dłoni.
- Wiem. - Uśmiechnął się. - Kupiłem go z myślą o tobie.
- To pewnie dla tego, że jestem taka ostra.
- Cięta riposta.
- Cięta jak rana wykonana przeze mnie tym ostrzem - Pokazałam na sztylet. - na tym dupku, co zabił Asha.
- Naprawdę ostra.
- Hahahaha - Uśmiechnęłam się.
- To co robimy?
- A co proponujesz? - Powiedziałam. - Jestem otwarta na propozycje.
- Aha. - Wziął mnie na barana i zbiegł na dół.
- Co ty robisz? - Śmiałam się.
- Czy to ważne, przecież jesteś otwarta na propozycje, a ja proponuję zaszaleć.
piątek, 22 sierpnia 2014
piątek, 8 sierpnia 2014
26.
Nie mogłam uwierzyć, w to co zrobił. On naprawdę myślał, że ten pobyt tu będzie powrotem do dawności. Odepchnęłam go i powiedziałam:
- Nic, a co byś chciał niby robić? - Rzekłam. - Masz tu internet?
- Internetu nie ma i zapomniałem ci powiedzieć, że musisz wyłączyć komórkę. - Odparł. - Ale mam do zaoferowania wiele innych zajęć.
- O jak już późno... Spać mi się chce. Gdzie mogę się ulokować?
- Ty jesteś już ulokowana, w moim sercu. - Fałszywy romantyk. - A jak naprawdę chce ci się spać, to zapraszam tam. - I wskazał palcem w górę, po czym zaprowadził mnie "tam". Pokazał mi całą górę.
- Tu jest łazienka. A tam pokój wypoczynkowy z tarasem. A tutaj będziemy spać. - Wprowadził mnie do pokoju. Stały tam dwa łóżka jedno-osobowe i jedno wielkie. Na oknach stały wielkie świece, a same okna były czymś zasłonięte (Chyba pancernymi roletami).
- A to to co? - Wskazałam na rolety.
- A to to dla twojego bezpieczeństwa. - Powiedział i zaczął się rozbierać, a gdy napotkał mój wzrok, dodał.- Jak ty idziesz spać to ja też. Co będę sam robić? - Miał minę ojca, gdy jego córka pyta się "skąd się biorą dzieci?". Zaczęłam się śmiać, a on patrzył na mnie ze zdziwieniem i sądząc, że nie wypada zrobić nic innego, zaczął się śmiać.
- Z czego tak rżysz? - Zrobiłam całkiem poważną minę. - Irytujesz mnie.
- Hahahahhahahaa. - Wpadł w całkowitą furię śmiechu. - Odezwała się pani Cilling. - Spojrzał na mnie z tym jego szyderczym uśmieszkiem na twarzy. - Dobra, idę spać. - I wpakował się pod kołdrę. Więc i ja postanowiłam położyć się do łóżka. Tylko zdążyłam się położyć i już usłyszałam chrapanie Luka. I wpadł mi do głowy wspaniały pomysł. Tak się akurat złożyło zachciało "jeść", więc napisałam Lukowi karteczkę, że poszłam "wrzucić coś na ruszt". I poszłam do kuchni. Zajrzałam do lodówki i wzięłam kechup, który później wymieszałam z odrobiną wody. Sięgnęłam po nóż kuchenny i zamoczyłam w "krwi". Rozlałam na podłodze troszkę, a resztą wysmarowałam szyję. Otworzyłam drzwi na taras i położyłam się głową na plamie z kechupu i wody, po czym krzyknęłam.
"Pov's Luke"
Usłyszałem krzyk Jo. Zobaczyłem karteczkę i szybko zbiegłem na dół. Jo leżała nie ruchomo na plamie krwi. Drzwi od tarasu były otwarte.
- Cholera!!! Jo... Jo... Obudź się. - Ruszałem ją. - Nie... To nie może być prawda. To nie może być prawda!!! Moja kochana Jo. - Trzymałem ją w ramionach. - Kochana Josie... - Zamknąłem oczy i nadal ją do siebie przytulałem. Nagle poczułem na ustach dotyk, dotyk rozpalonych ust Jo. Otworzyłem oczy i zobaczyłem ją, roześmianą. Całowała mnie namiętnie.
- Myliłam się co do ciebie. - Powiedziała i zaczęła mnie całować. Całowała mnie bez końca, bez końca.
czwartek, 7 sierpnia 2014
25.
Nie wiedziałam co powiedzieć.Nie wiem czemu akurat tak strasznie trudno jest mi opisać co czuje. Mam mętlik w głowie. A co do wydarzeń z przed tygodnia to na prawdę nie mam siły na jakieś miłosne wyznania. Cieszyłam się iż on nie potrzebował odpowiedzi własnie w tej chwili. z drugiej strony nawet na mnie nie spojrzał. (głupia Jo myśli że jak się prowadzi to można się rozglądać, egh). Nagle przyspieszył.
- nie coś żebym jakoś miała obawy, ale czy nas chcesz do cholery pozabijać? - wydarłam się gdy tylko zaczął wymijać samochody z przodu.
- siedzą nam na ogonie?
- kto?
- ludzie - powiedział a ja mu przerwałam
- uuu ludzie, wiesz myślałam że kurwa kosmici
- czemu ty nigdy nie dasz mi skończyć? - powiedział a ja tylko mruknęłam - dziękuje, to ludzie Casterwill'a
- tego który zabił Ashtona? - spytałam
- tak
- mogę zrobić coś głupiego?
- chcesz wyskoczyć z samochodu? to bardzo proszę - zaśmiał się
- nie bądź cyniczny, ale mogę?
- no dobra - powiedział a ja otworzyłam okno i wystawiłam środkowy palec w kierunku dwóch czarnych Range Roverów. Luke spojrzał na mnie wstrzymując śmiech.
- no co?
- czasami zachowujesz się jak jakaś chora psychicznie dziewczyna
- naprawdę? - powiedziałam udając iż się obrażam. On tylko skręcił w jakąś polną drogę. Przez chwile jechaliśmy asfaltem. Potem już żwirową drogą.
- emm to nie jest chyba droga do banku - powiedziałam.
- naprawdę? - spytał z sarkazmem.
- O Boże. - On naprawdę jest wkurzający.
- O Boże, Boże, Bożenkooooooo. - Śmiał się jak dzikus.
- Jedź szybciej, a nie mnie denerwujesz.
- Już się robi, "księżniczko" - I gwałtownie przyspieszył z stu do dwustu dwudziestu kilometrów na godzinę. Myślałam, że rzygnę. Ludzi Casterwill'a już dawno nie było widać, a on jechał coraz szybciej i zaczęłam doceniać jego grata.
- Gdzie ty mnie wieziesz, do cholery jasnej?
- W bezpieczne miejsce. - Jechaliśmy samymi polnymi i leśnymi drogami. Zaczynałam się bać. Jeszcze nigdy nie jechałam samochodem szybciej niż sto dwadzieścia kilometrach na godzinę, a co dopiero mówić powyżej dwustu. Po dziesięciu minutach zatrzymał się przy jakiejś starej chacie na całkowitym pustkowiu. Myślałam, że zwariował.
- Wysiadaj. - Rzekł stanowczo.
- Dobra, ale tyl...
- Żadne ale. Wysiadaj, już. - Wytrzeszczyłam na niego oczy. Nigdy nie był taki poważny, on w ogóle nie był poważny. Wziął mnie za ramie i poprowadził do tej chaty.
- Szybko. - Popędzał mnie.
- Już. Dobrze.
- Nic nie jest dobrze. Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Musimy być ostrożni. - Otworzył drzwi ( chyba z dziewięciu spustów). Wepchnął mnie do środka.
- Poczekaj na mnie tutaj. Muszę ukryć auto.
- Oki, toki.
Luke wyszedł, a ja rozejrzałam się do o koła. Byłam zdziwiona, ten dom był urządzony z nowoczesnym stylu, nawet bardzo nowoczesnym. Jest lepiej urządzony, niż mój dom. Nagle usłyszałam warczenie silnika. Wyjrzałam za okno, ale nic nie zauważyłam. Po chwili Luke wyszedł z centrum domu. Jakiś ukryty garaż? Może.
- I co robimy księżniczko? - Luke podszedł do mnie, objął i pocałował.
- nie coś żebym jakoś miała obawy, ale czy nas chcesz do cholery pozabijać? - wydarłam się gdy tylko zaczął wymijać samochody z przodu.
- siedzą nam na ogonie?
- kto?
- ludzie - powiedział a ja mu przerwałam
- uuu ludzie, wiesz myślałam że kurwa kosmici
- czemu ty nigdy nie dasz mi skończyć? - powiedział a ja tylko mruknęłam - dziękuje, to ludzie Casterwill'a
- tego który zabił Ashtona? - spytałam
- tak
- mogę zrobić coś głupiego?
- chcesz wyskoczyć z samochodu? to bardzo proszę - zaśmiał się
- nie bądź cyniczny, ale mogę?
- no dobra - powiedział a ja otworzyłam okno i wystawiłam środkowy palec w kierunku dwóch czarnych Range Roverów. Luke spojrzał na mnie wstrzymując śmiech.
- no co?
- czasami zachowujesz się jak jakaś chora psychicznie dziewczyna
- naprawdę? - powiedziałam udając iż się obrażam. On tylko skręcił w jakąś polną drogę. Przez chwile jechaliśmy asfaltem. Potem już żwirową drogą.
- emm to nie jest chyba droga do banku - powiedziałam.
- naprawdę? - spytał z sarkazmem.
- O Boże. - On naprawdę jest wkurzający.
- O Boże, Boże, Bożenkooooooo. - Śmiał się jak dzikus.
- Jedź szybciej, a nie mnie denerwujesz.
- Już się robi, "księżniczko" - I gwałtownie przyspieszył z stu do dwustu dwudziestu kilometrów na godzinę. Myślałam, że rzygnę. Ludzi Casterwill'a już dawno nie było widać, a on jechał coraz szybciej i zaczęłam doceniać jego grata.
- Gdzie ty mnie wieziesz, do cholery jasnej?
- W bezpieczne miejsce. - Jechaliśmy samymi polnymi i leśnymi drogami. Zaczynałam się bać. Jeszcze nigdy nie jechałam samochodem szybciej niż sto dwadzieścia kilometrach na godzinę, a co dopiero mówić powyżej dwustu. Po dziesięciu minutach zatrzymał się przy jakiejś starej chacie na całkowitym pustkowiu. Myślałam, że zwariował.
- Wysiadaj. - Rzekł stanowczo.
- Dobra, ale tyl...
- Żadne ale. Wysiadaj, już. - Wytrzeszczyłam na niego oczy. Nigdy nie był taki poważny, on w ogóle nie był poważny. Wziął mnie za ramie i poprowadził do tej chaty.
- Szybko. - Popędzał mnie.
- Już. Dobrze.
- Nic nie jest dobrze. Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Musimy być ostrożni. - Otworzył drzwi ( chyba z dziewięciu spustów). Wepchnął mnie do środka.
- Poczekaj na mnie tutaj. Muszę ukryć auto.
- Oki, toki.
Luke wyszedł, a ja rozejrzałam się do o koła. Byłam zdziwiona, ten dom był urządzony z nowoczesnym stylu, nawet bardzo nowoczesnym. Jest lepiej urządzony, niż mój dom. Nagle usłyszałam warczenie silnika. Wyjrzałam za okno, ale nic nie zauważyłam. Po chwili Luke wyszedł z centrum domu. Jakiś ukryty garaż? Może.
- I co robimy księżniczko? - Luke podszedł do mnie, objął i pocałował.
24.
"Pov's Luke"
Nie wiem jak to zrobię, ale na pewno Casterwill nie zostanie bezkarny. Mam nadzieję, że Jo mi pomoże i że nic jej się nie stanie.Wiem jedno muszę działać szybko, w trosce o Jo. Nie wiem co bym sobie zrobił gdyby coś się jej stało, nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Na razie muszę zdobyć zaufanie Josie. A to nie będzie łatwe po tym co jej zrobiłem. Jestem dupkiem. Faszystowskim dupkiem. Jeszcze Josie uważa mnie za krewnego Hitlera. Nie wiem czemu, ale gdybym był kimś innym też tak bym o sobie pomyślał. Dobra biorę się w garść, dzwonię do Jo.
- co chcesz? - spytała od niechcenia.
- może trochę grzeczniej?
- oh przepraszam, drogi Lucas'ie
- Dobra. Sory Jo. - Przeprosiłem.
- Wow! Naprawdę? Za co? - Grała mi na nerwach.
- Nie gniewaj się...Naprawdę przepraszam. - Starałem się być miłym.
- Za co miałabym się gniewać? A nie sory już wiem. Kiedy oddasz mi forsę za sweter?
- Za chwilę, już do ciebie jadę. - Jak dobrze, że wyciągnęła sprawę swetra, przynajmniej będę mógł się z nią spotkać.
- Dobrze. Czekam. Jak nie będziesz za pięć minut, nie wpuszczę cię do domu. Pa.
- Jo, czekaj... - Rozłączyła się.
Wziąłem szybko kurtkę i klucze od mojego wozu. Pojechałem szybko. Po czterech minutach już stałem na jej werandzie. Otworzyła mi drzwi dopiero po minucie.
- Czemu mi nie otwierałaś? - Zapytałem zbulwersowany.
- Mówiłeś, że będziesz za pięć minut, a minęło cztery. Skąd mogłam wiedzieć, że to ty? - Argumentowała
- Rozumiem.Mogę wejść? - Byłem wyrozumiały.
- Najpierw forsa. - Sprytna Jo.
- To ile? Pięćdziesiąt? Sto dolarów?
- Tysiąc.
- Co ? Chyba Cie poje... Dobrze. Ale nie mam takiej sumy przy sobie. - Jestem w stanie się poświęcić dla Josie. I tak nie wiadomo czy to przeżyjemy. - Możemy pojechać do banku i je wypłacę.
- Okey. Poczekaj na mnie chwilkę. Zaraz wracam. - Pobiegła do domu.
- Poczekam. - No i czekałem, godzinę.
- Dobra, już jestem.
- Zauważyłem. Dłużej się nie dało?
- Coś ci nie pasuje? Mogę się wrócić. - Spojrzała szyderczo
- Nie. nie. Wszystko ok. - Powiedziałem. - Jedziemy?
- Tak.
"Pov's Jo"
Otworzył mi drzwi jak dawniej, jak prawdziwy dżentelmen.
- Dzięki. - Starałam się być miła. Choć myśl o Ash'u, psuła mi samopoczucie. Najchętniej też bym się zastrzeliła. Trudno jest żyć, kiedy było się z osobą, która już nie żyje. Chociaż nadal czuję coś do Luka, nie mogę dać tego po sobie poznać, ale on mi to wszystko utrudnia. Samym swoim istnieniem.
- O czym tak rozmyślasz ślicznotko? - Naprawdę mi to utrudnia.
- O tobie playboy'u. - Wyrzekłam. - Naprawdę o tobie. - Poszeptałam dla siebie, ale on to chyba usłyszał i zwrócił się do mnie:
- Posłuchaj Jo, ja naprawdę cię kocham, kochałem i będę kochał.
Nie wiem jak to zrobię, ale na pewno Casterwill nie zostanie bezkarny. Mam nadzieję, że Jo mi pomoże i że nic jej się nie stanie.Wiem jedno muszę działać szybko, w trosce o Jo. Nie wiem co bym sobie zrobił gdyby coś się jej stało, nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Na razie muszę zdobyć zaufanie Josie. A to nie będzie łatwe po tym co jej zrobiłem. Jestem dupkiem. Faszystowskim dupkiem. Jeszcze Josie uważa mnie za krewnego Hitlera. Nie wiem czemu, ale gdybym był kimś innym też tak bym o sobie pomyślał. Dobra biorę się w garść, dzwonię do Jo.
- co chcesz? - spytała od niechcenia.
- może trochę grzeczniej?
- oh przepraszam, drogi Lucas'ie
- Dobra. Sory Jo. - Przeprosiłem.
- Wow! Naprawdę? Za co? - Grała mi na nerwach.
- Nie gniewaj się...Naprawdę przepraszam. - Starałem się być miłym.
- Za co miałabym się gniewać? A nie sory już wiem. Kiedy oddasz mi forsę za sweter?
- Za chwilę, już do ciebie jadę. - Jak dobrze, że wyciągnęła sprawę swetra, przynajmniej będę mógł się z nią spotkać.
- Dobrze. Czekam. Jak nie będziesz za pięć minut, nie wpuszczę cię do domu. Pa.
- Jo, czekaj... - Rozłączyła się.
Wziąłem szybko kurtkę i klucze od mojego wozu. Pojechałem szybko. Po czterech minutach już stałem na jej werandzie. Otworzyła mi drzwi dopiero po minucie.
- Czemu mi nie otwierałaś? - Zapytałem zbulwersowany.
- Mówiłeś, że będziesz za pięć minut, a minęło cztery. Skąd mogłam wiedzieć, że to ty? - Argumentowała
- Rozumiem.Mogę wejść? - Byłem wyrozumiały.
- Najpierw forsa. - Sprytna Jo.
- To ile? Pięćdziesiąt? Sto dolarów?
- Tysiąc.
- Co ? Chyba Cie poje... Dobrze. Ale nie mam takiej sumy przy sobie. - Jestem w stanie się poświęcić dla Josie. I tak nie wiadomo czy to przeżyjemy. - Możemy pojechać do banku i je wypłacę.
- Okey. Poczekaj na mnie chwilkę. Zaraz wracam. - Pobiegła do domu.
- Poczekam. - No i czekałem, godzinę.
- Dobra, już jestem.
- Zauważyłem. Dłużej się nie dało?
- Coś ci nie pasuje? Mogę się wrócić. - Spojrzała szyderczo
- Nie. nie. Wszystko ok. - Powiedziałem. - Jedziemy?
- Tak.
"Pov's Jo"
Otworzył mi drzwi jak dawniej, jak prawdziwy dżentelmen.
- Dzięki. - Starałam się być miła. Choć myśl o Ash'u, psuła mi samopoczucie. Najchętniej też bym się zastrzeliła. Trudno jest żyć, kiedy było się z osobą, która już nie żyje. Chociaż nadal czuję coś do Luka, nie mogę dać tego po sobie poznać, ale on mi to wszystko utrudnia. Samym swoim istnieniem.
- O czym tak rozmyślasz ślicznotko? - Naprawdę mi to utrudnia.
- O tobie playboy'u. - Wyrzekłam. - Naprawdę o tobie. - Poszeptałam dla siebie, ale on to chyba usłyszał i zwrócił się do mnie:
- Posłuchaj Jo, ja naprawdę cię kocham, kochałem i będę kochał.
wtorek, 5 sierpnia 2014
23.
'pov's Jo'
Po co tu przyszedł? Chciał żeby wszystkie wspomnienia wróciły? Miałam dość ludzi. Od tamtego dnia prawie noc w noc płakałam. Nie mogłam wyrzucić obrazu Ashtona dzień przed tą tragedią. Po prostu rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Nikt nie wiedział kiedy nadejdzie ta pora, nikt nie wiedział kiedy się pożegnać. Ale on miał czas by to zrobić. Wracając do Luke'a skąd do cholery miał mój adres. Podawałam go tylko Mii i prosiłam o dyskrecje. Jeśli dowiedział się od niej zrobię jej wielką awanturę. Coś mnie tknęło przy przejść się po ulicy. Od przeprowadzki siedziałam dzień w dzień w domu albo sprzątałam albo grałam na gitarze smętne piosenki. To był dzień wyrwania się z czterech ścian. Postanowiłam przejść się do pobliskiego parku. Powdychać powietrza po deszczu. Ubrałam się w kurtkę, botki oraz wzięłam wyłącznie pieniądze. Nie chciałam by ktokolwiek dzwonił, bo jeśli Luke zdobył mój numer to każdy może go mieć. Wracając z wycieczki zobaczyłam pod domem duży czarny samochód terenowy a przed stało kilku facetów z bronią. Nie wiedziałam co mogli robić na tak spokojnej uliczce. A co jeśli czekają na mnie? A jeśli to co powiedział Luke ma coś wspólnego ze mną? Postanowiłam pobiec do Mii. Nie powiem zeszło mi trochę. Przeprowadziliśmy się o cztery przecznice. Gdy dotarłam zastałam dziewczynę na dworze razem z jej mamą.
- hej - powiedziała gdy tylko weszłam na werandę.
- cześć - odparłam - możemy pogadać? - spytałam
- tak, chodź do środka - powiedziała otwierając drzwi.
- o czym chciałaś pogadać?
- możesz mi powiedzieć skąd Luke miał mój adres?
- ja nic mu nie mówiłam, przysięgam, znaczy dzwonił ale powiedziałam mu tylko że przeprowadziłaś
- to skąd ten dupek ma mój adres?
- nie wiem, ma swoje sposoby.
Nastała cisza. Nie wiedziałam co robić.
- a ty?
- co ja?
- no wyszłaś z domu
- No wyszłam, przecież jestem cywilizowanym człowiekiem.
- Przecież wiesz, że nie o to mi chodziło. - Powiedziała zdekoncentrowana.
- Tak wiem. - Odparłam. - Teraz mogą mnie zastrzelić, udusić, utopić...Bla...bla...bla...Nie bądź nadopiekuńcza.
- Nawet o tym nie myśl - Mia próbowała mnie pocieszać. - To mógł być przypadek.
- Przypadek?! Zwariowałaś!? - Zdenerwowałam się. - Śmierć Asha to zwykły przypadek?
Po co tu przyszedł? Chciał żeby wszystkie wspomnienia wróciły? Miałam dość ludzi. Od tamtego dnia prawie noc w noc płakałam. Nie mogłam wyrzucić obrazu Ashtona dzień przed tą tragedią. Po prostu rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Nikt nie wiedział kiedy nadejdzie ta pora, nikt nie wiedział kiedy się pożegnać. Ale on miał czas by to zrobić. Wracając do Luke'a skąd do cholery miał mój adres. Podawałam go tylko Mii i prosiłam o dyskrecje. Jeśli dowiedział się od niej zrobię jej wielką awanturę. Coś mnie tknęło przy przejść się po ulicy. Od przeprowadzki siedziałam dzień w dzień w domu albo sprzątałam albo grałam na gitarze smętne piosenki. To był dzień wyrwania się z czterech ścian. Postanowiłam przejść się do pobliskiego parku. Powdychać powietrza po deszczu. Ubrałam się w kurtkę, botki oraz wzięłam wyłącznie pieniądze. Nie chciałam by ktokolwiek dzwonił, bo jeśli Luke zdobył mój numer to każdy może go mieć. Wracając z wycieczki zobaczyłam pod domem duży czarny samochód terenowy a przed stało kilku facetów z bronią. Nie wiedziałam co mogli robić na tak spokojnej uliczce. A co jeśli czekają na mnie? A jeśli to co powiedział Luke ma coś wspólnego ze mną? Postanowiłam pobiec do Mii. Nie powiem zeszło mi trochę. Przeprowadziliśmy się o cztery przecznice. Gdy dotarłam zastałam dziewczynę na dworze razem z jej mamą.
- hej - powiedziała gdy tylko weszłam na werandę.
- cześć - odparłam - możemy pogadać? - spytałam
- tak, chodź do środka - powiedziała otwierając drzwi.
- o czym chciałaś pogadać?
- możesz mi powiedzieć skąd Luke miał mój adres?
- ja nic mu nie mówiłam, przysięgam, znaczy dzwonił ale powiedziałam mu tylko że przeprowadziłaś
- to skąd ten dupek ma mój adres?
- nie wiem, ma swoje sposoby.
Nastała cisza. Nie wiedziałam co robić.
- a ty?
- co ja?
- no wyszłaś z domu
- No wyszłam, przecież jestem cywilizowanym człowiekiem.
- Przecież wiesz, że nie o to mi chodziło. - Powiedziała zdekoncentrowana.
- Tak wiem. - Odparłam. - Teraz mogą mnie zastrzelić, udusić, utopić...Bla...bla...bla...Nie bądź nadopiekuńcza.
- Nawet o tym nie myśl - Mia próbowała mnie pocieszać. - To mógł być przypadek.
- Przypadek?! Zwariowałaś!? - Zdenerwowałam się. - Śmierć Asha to zwykły przypadek?
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
22.
Zaczęłam płakać. Po chwili przyjechała policja i karetka. Niestety, było za późno. Usłyszałam tylko jak prosi mnie o to bym o nim pamiętała. Zaczęłam jeszcze bardziej płakać, aż w końcu myślałam jak to mogło się stać. Nagle przyszła mi do głowy jedna osoba. To na pewno Luke! Ale to były tylko przypuszczenia, nie mogę go oskarżyć bez powodu! Poczekałam aż zabrali Asha do szpitala i pobiegłam do domu Luke'a. Zaczęłam dobijać się do jego drzwi.
- Luke otwieraj !
Wysoki blondyn wyszedł na werandę.
- Co ty tu robisz.
- Wyobraź sobie, że ktoś postrzelił twojego kolegę.
- Którego?!
- Boże, no chyba Ashtona.
- Ale, ale jak to?
- Daj numer do swojego dilera.
- Co skąd wiesz.
- Co?!
- Eeee nie ważne. Powiedz, co się z nim dzieje?
- Pojedźmy do szpitala i się dowiemy.
- Chodź.
Luke odpalił swój samochód. Jadąc rozmyślałam co się dzieje. Źle się czułam z tą całą chorą sytuacją. Gdy tylko dojechaliśmy, wbiegłam do szpitala. Zaczęłam się stresować, wszystko wydawało się takie nie realne. Nagle zobaczyłam, jak wiozą Ashtona na salę operacyjną.
'4 godziny później'
Siedziałam jak na szpilkach. A Luke w tym czasie jak by niczym nie przejęty spał. Nagle pojawili się Michael i Calum. Zaczęli histeryzować, powiedziałam im że wszystko będzie dobrze, chodź sama w to nie wierzyłam. Zadzwoniłam po dziewczyny. Atmosfera była napięta, Luke nadal spał, wytłumaczyłam im wszystko. Nagle przyszedł doktor, oznajmiając najgorszą informacje w moim życiu
- Wasz kolega. Niestety zmarł.
- Co?! - Powiedzieliśmy chórem aż ten idiota, Luke się obudził.
Wytłumaczyliśmy mu wszystko z trudem.
'tydzień później'
Wszyscy spotkaliśmy się na pogrzebie. Popatrzyłam się na jego matkę, mając łzy w oczach. Później wszyscy się rozeszliśmy.
'Pov's Luke'a'
Siedziałem załamany, myśląc kto mógł go zabić. Przecież on nic nie zrobił, powinienem to być ja. Nie potrzebnie go w to wszystko wciągnąłem. Ale obiecałem sobie że zemszczę się na zabójcy Asha. Zezłoszczony co raz bardziej, mnie to irytowało aż postanowiłem się kogoś poradzić. Jedyną nadzieją dla mnie była Jo. Dzwoniłem do niej wiele razy ale za każdym razem włączała się sekretarka. Postanowiłem do niej pojechać. Aż nagle wpadłem na pomysł kto mógł go zabić. Casterwill, to na pewno on! Roztrzęsiony pojechałem porozmawiać z dziewczyną. Gdy dojechałem do jej domu wyszedłem z samochodu. Dzwoniłem do drzwi, jednak nikt nie otwierał. Postanowiłem załatwić to inaczej, rzucałem kamieniami w ścianę. Jednak znowu bez efektu. Wydawało się jak by nikt tu nie mieszkał. Potem zobaczyłem tabliczkę z napisem 'sale' wkurzyłem się i zadzwoniłem do Mii. Powiedziała mi że Jo przeprowadziła się. Jednak nie chciała powiedzieć gdzie dokładnie. Wsiadłem w samochód i zadzwoniłem tam gdzie trzeba. Jechałem nie patrząc na licznik. Nagle dostałem anonimowy sms w którym było napisane 'Jak myślisz kto zabił twojego przyjaciela' Wystraszyłem się. Nagle przyszedł drugi sms 'Następna będzie Jo' Po tej wiadomości postanowiłem do niej pojechać. Zapukałem do drzwi, otworzyła mi jej mama. Prosiłem by dziewczyna zeszła na dół. Z niechęcią ją zawołała. Pierwszy raz zobaczyłem ją w tak opłakanym stanie.
- Co tu robisz? - spytała,
- Emmm. muszę ci coś powiedzieć na osobności, wyjdź na chwile na dwór.
- Ehhh. no dobrze.
Wytłumaczyłem co mogło spowodować jego śmierć. Nagle spoliczkowała mnie i mówiąc iż to moja wina. Jo weszła do domu zamykając drzwi na klucz.
- Luke otwieraj !
Wysoki blondyn wyszedł na werandę.
- Co ty tu robisz.
- Wyobraź sobie, że ktoś postrzelił twojego kolegę.
- Którego?!
- Boże, no chyba Ashtona.
- Ale, ale jak to?
- Daj numer do swojego dilera.
- Co skąd wiesz.
- Co?!
- Eeee nie ważne. Powiedz, co się z nim dzieje?
- Pojedźmy do szpitala i się dowiemy.
- Chodź.
Luke odpalił swój samochód. Jadąc rozmyślałam co się dzieje. Źle się czułam z tą całą chorą sytuacją. Gdy tylko dojechaliśmy, wbiegłam do szpitala. Zaczęłam się stresować, wszystko wydawało się takie nie realne. Nagle zobaczyłam, jak wiozą Ashtona na salę operacyjną.
'4 godziny później'
Siedziałam jak na szpilkach. A Luke w tym czasie jak by niczym nie przejęty spał. Nagle pojawili się Michael i Calum. Zaczęli histeryzować, powiedziałam im że wszystko będzie dobrze, chodź sama w to nie wierzyłam. Zadzwoniłam po dziewczyny. Atmosfera była napięta, Luke nadal spał, wytłumaczyłam im wszystko. Nagle przyszedł doktor, oznajmiając najgorszą informacje w moim życiu
- Wasz kolega. Niestety zmarł.
- Co?! - Powiedzieliśmy chórem aż ten idiota, Luke się obudził.
Wytłumaczyliśmy mu wszystko z trudem.
'tydzień później'
Wszyscy spotkaliśmy się na pogrzebie. Popatrzyłam się na jego matkę, mając łzy w oczach. Później wszyscy się rozeszliśmy.
'Pov's Luke'a'
Siedziałem załamany, myśląc kto mógł go zabić. Przecież on nic nie zrobił, powinienem to być ja. Nie potrzebnie go w to wszystko wciągnąłem. Ale obiecałem sobie że zemszczę się na zabójcy Asha. Zezłoszczony co raz bardziej, mnie to irytowało aż postanowiłem się kogoś poradzić. Jedyną nadzieją dla mnie była Jo. Dzwoniłem do niej wiele razy ale za każdym razem włączała się sekretarka. Postanowiłem do niej pojechać. Aż nagle wpadłem na pomysł kto mógł go zabić. Casterwill, to na pewno on! Roztrzęsiony pojechałem porozmawiać z dziewczyną. Gdy dojechałem do jej domu wyszedłem z samochodu. Dzwoniłem do drzwi, jednak nikt nie otwierał. Postanowiłem załatwić to inaczej, rzucałem kamieniami w ścianę. Jednak znowu bez efektu. Wydawało się jak by nikt tu nie mieszkał. Potem zobaczyłem tabliczkę z napisem 'sale' wkurzyłem się i zadzwoniłem do Mii. Powiedziała mi że Jo przeprowadziła się. Jednak nie chciała powiedzieć gdzie dokładnie. Wsiadłem w samochód i zadzwoniłem tam gdzie trzeba. Jechałem nie patrząc na licznik. Nagle dostałem anonimowy sms w którym było napisane 'Jak myślisz kto zabił twojego przyjaciela' Wystraszyłem się. Nagle przyszedł drugi sms 'Następna będzie Jo' Po tej wiadomości postanowiłem do niej pojechać. Zapukałem do drzwi, otworzyła mi jej mama. Prosiłem by dziewczyna zeszła na dół. Z niechęcią ją zawołała. Pierwszy raz zobaczyłem ją w tak opłakanym stanie.
- Co tu robisz? - spytała,
- Emmm. muszę ci coś powiedzieć na osobności, wyjdź na chwile na dwór.
- Ehhh. no dobrze.
Wytłumaczyłem co mogło spowodować jego śmierć. Nagle spoliczkowała mnie i mówiąc iż to moja wina. Jo weszła do domu zamykając drzwi na klucz.
21.
Spędziliśmy większość dnia na szukaniu odpowiedniego a zarazem nie drogiego domu. Przez to całe sprawdzanie stanu, czynszu lub ceny za cały dom wyleciało mi wszystko z głowy. Włącznie z Lukiem i Ashtonem po Julie i ten cholerny list, który jakimś cudem znalazł się w moim pokoju. Od samego początku nie wzięłam tego na serio. A co jeśli to kolejny głupi żart a ja przejmuje się jakąś błahostką? Jadąc do domu, w samochodzie zrobiło się duszko i nagle zabrakło mi powietrza. Przyznam iż mam mały lęk przed zamkniętą przestrzenią ale nigdy nie ujawnił się właśnie podczas jazdy samochodem która jak na samochód, był naprawdę duży. Gdy dojechaliśmy do naszej posesji najszybciej jak umiałam wybiegłam z samochodu. Potrzebowałam teraz trochę czasu dla siebie. Postanowiłam wejść na werandę za domem. Siadłam na starej ławce. Pierwszy raz w życiu miałam dość wszystkiego, brzydziłam się samą sobą. Czemu? Sama nie wiem to nie ja zrobiłam błąd ale pytanie czemu teraz ja za to płace? czemu to ja mam wyrzuty sumienia? czemu ktoś chce mnie 'zabić'? nie miałam pojęcie kiedy ale rozpłakałam się jak małe dziecko. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. W duchu jakaś mała cząstka chciał by to był Luke, tylko jedna i to mała. Okazało się że to tata.
- plączesz przez to że się wyprowadzamy? - spytał.
- wiesz że nawet nie - powiedziałam ocierając łzy z policzka.
- to przez chłopaka? mam mówiła że umawiałaś się z...
- tak ale to jest zbyt skomplikowane żeby to pojąć - powiedziałam a po chwili dodałam - niestety muszę lecieć omówiłam się z Ashtonem, poznam Cie z nim - nie wiem czemu akurat jego imię powiedział z szczerą radością. Może to właśnie jego potrzebowałam? Weszłam do łazienki zrzucając ciuchy. Gorący długi prysznic to jedyne czego teraz chciałam. Nie wiem jak długo siedziałam w łazience ale wydawało mi się to jak wieczność. Przygotowałam jakieś bardzo wygodne a zarazem kobiece ciuchy. Chciałam aby Ashton myślał że jesteśmy przyjaciółmi ale z drugiej strony chciałam mu zaimponować. Za piętnaście czwarta wyszłam na ganek czekając aż pojawi się wóz Ashtona. Przez ostanie minuty patrzyłam tylko w lusterko i spoglądałam na okno w którym stał tata. Zapewniałam go iż Ash jest jednym z chłopaków z którym powinien pozwolić mi się spotykać, nie to co na przykład Luke. Gdy tylko zobaczyłam samochód chłopaka aż podskoczyłam z wrażenia.
- witaj - powiedział zachrypniętym głosem.
- cześć - opowiedziałam uśmiechając się od ucha do ucha - mógłbyś poczekać chwilkę? - spytałam
- nie ma sprawy poczekam - postanowiłam wejść na górę po telefon który zostawiłam. Jak na złość nie mogłam go nigdzie znaleźć. Nagle usłyszałam strzał oraz krzyk mojej mamy. Zbiegłam zobaczyć co się stało. Gdy wybiegłam zobaczyłam wszystkich moich sąsiadów którzy wyszli, moja mama stała koło Ashtona. Pobiegłam do niego, z jego klatki piersiowej sączył się krew. Padłam na kolana. Byłam roztrzęsiona, to co zobaczyłam było straszne. On umierał mi na kolanach a ja nie mogłam nic zrobić.
- plączesz przez to że się wyprowadzamy? - spytał.
- wiesz że nawet nie - powiedziałam ocierając łzy z policzka.
- to przez chłopaka? mam mówiła że umawiałaś się z...
- tak ale to jest zbyt skomplikowane żeby to pojąć - powiedziałam a po chwili dodałam - niestety muszę lecieć omówiłam się z Ashtonem, poznam Cie z nim - nie wiem czemu akurat jego imię powiedział z szczerą radością. Może to właśnie jego potrzebowałam? Weszłam do łazienki zrzucając ciuchy. Gorący długi prysznic to jedyne czego teraz chciałam. Nie wiem jak długo siedziałam w łazience ale wydawało mi się to jak wieczność. Przygotowałam jakieś bardzo wygodne a zarazem kobiece ciuchy. Chciałam aby Ashton myślał że jesteśmy przyjaciółmi ale z drugiej strony chciałam mu zaimponować. Za piętnaście czwarta wyszłam na ganek czekając aż pojawi się wóz Ashtona. Przez ostanie minuty patrzyłam tylko w lusterko i spoglądałam na okno w którym stał tata. Zapewniałam go iż Ash jest jednym z chłopaków z którym powinien pozwolić mi się spotykać, nie to co na przykład Luke. Gdy tylko zobaczyłam samochód chłopaka aż podskoczyłam z wrażenia.
- witaj - powiedział zachrypniętym głosem.
- cześć - opowiedziałam uśmiechając się od ucha do ucha - mógłbyś poczekać chwilkę? - spytałam
- nie ma sprawy poczekam - postanowiłam wejść na górę po telefon który zostawiłam. Jak na złość nie mogłam go nigdzie znaleźć. Nagle usłyszałam strzał oraz krzyk mojej mamy. Zbiegłam zobaczyć co się stało. Gdy wybiegłam zobaczyłam wszystkich moich sąsiadów którzy wyszli, moja mama stała koło Ashtona. Pobiegłam do niego, z jego klatki piersiowej sączył się krew. Padłam na kolana. Byłam roztrzęsiona, to co zobaczyłam było straszne. On umierał mi na kolanach a ja nie mogłam nic zrobić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)