czwartek, 7 sierpnia 2014

25.

Nie wiedziałam co powiedzieć.Nie wiem czemu akurat tak strasznie trudno jest mi opisać co czuje. Mam mętlik w głowie. A co do wydarzeń z przed tygodnia to na prawdę nie mam siły na jakieś miłosne wyznania. Cieszyłam się iż on nie potrzebował odpowiedzi własnie w tej chwili. z drugiej strony nawet na mnie nie spojrzał. (głupia Jo myśli że jak się prowadzi to można się rozglądać, egh). Nagle przyspieszył.
- nie coś żebym jakoś miała obawy, ale czy nas chcesz do cholery pozabijać? - wydarłam się gdy tylko zaczął wymijać samochody z przodu.
- siedzą nam na ogonie?
- kto?
- ludzie - powiedział a ja mu przerwałam
- uuu ludzie, wiesz myślałam że kurwa kosmici
- czemu ty nigdy nie dasz mi skończyć? - powiedział a ja tylko mruknęłam - dziękuje, to ludzie Casterwill'a
- tego który zabił Ashtona? - spytałam
- tak
- mogę zrobić coś głupiego?
- chcesz wyskoczyć z samochodu? to bardzo proszę - zaśmiał się
- nie bądź cyniczny, ale mogę?
- no dobra - powiedział a ja otworzyłam okno i wystawiłam środkowy palec w kierunku dwóch czarnych Range Roverów. Luke spojrzał na mnie wstrzymując śmiech.
- no co?
- czasami zachowujesz się jak jakaś chora psychicznie dziewczyna
- naprawdę? - powiedziałam udając iż się obrażam. On tylko skręcił w jakąś polną drogę. Przez chwile jechaliśmy asfaltem. Potem już żwirową drogą.
- emm to nie jest chyba droga do banku - powiedziałam.
- naprawdę? - spytał z sarkazmem.
- O Boże. - On naprawdę jest  wkurzający.
- O Boże, Boże, Bożenkooooooo. - Śmiał się jak dzikus.
- Jedź szybciej, a nie mnie denerwujesz.
- Już się robi, "księżniczko" - I gwałtownie przyspieszył z stu do dwustu dwudziestu kilometrów na godzinę. Myślałam, że rzygnę. Ludzi Casterwill'a już dawno nie było widać, a on jechał coraz szybciej i zaczęłam doceniać jego grata.
- Gdzie ty mnie wieziesz, do cholery jasnej?
- W bezpieczne miejsce. - Jechaliśmy samymi polnymi i leśnymi drogami. Zaczynałam się bać. Jeszcze nigdy nie jechałam samochodem szybciej niż sto dwadzieścia kilometrach na godzinę, a co dopiero mówić powyżej dwustu. Po dziesięciu minutach zatrzymał się przy jakiejś starej chacie na całkowitym pustkowiu. Myślałam, że zwariował.
- Wysiadaj. - Rzekł stanowczo.
- Dobra, ale tyl...
- Żadne ale. Wysiadaj, już. - Wytrzeszczyłam na niego oczy. Nigdy nie był taki poważny, on w ogóle nie był poważny. Wziął mnie za ramie i poprowadził do tej chaty.
- Szybko. - Popędzał mnie.
- Już. Dobrze.
- Nic nie jest dobrze. Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Musimy być ostrożni. - Otworzył drzwi ( chyba z dziewięciu spustów). Wepchnął mnie do środka.
- Poczekaj na mnie tutaj. Muszę ukryć auto.
- Oki, toki.
Luke wyszedł, a ja rozejrzałam się do o koła. Byłam zdziwiona, ten dom był urządzony z nowoczesnym stylu, nawet bardzo nowoczesnym. Jest lepiej urządzony, niż mój dom. Nagle usłyszałam warczenie silnika. Wyjrzałam za okno, ale nic nie zauważyłam. Po chwili Luke wyszedł z centrum domu. Jakiś ukryty garaż? Może.
- I co robimy księżniczko? - Luke podszedł do mnie, objął i pocałował.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz