wtorek, 23 grudnia 2014

32.

*pov's Luke*
Jo nie odzywała sie od kąd zostawiłem ją samą w lesie. Mam wyrzuty sumienia, może nie powinniem jej tak zostawiać. A co jeśli cos sie jej stało? Nigdy bym sobie tego nie wybaczył, NIGDY. Muszę sie z nią skontaktować, przeprosić. Jade.
Wziąl kluczyki i pobiegł do auta. Ruszył z piskiem kół.

*pov's Harry*
Ach ta Jo... Co to jest za dziewczyna... Jej sylwetka, oczy, spobób w jaki sie usmiecha. Nie musiala robic nic szczególnego zebym sie w niej zauroczyl. Nic dziwnego ze ma chlopaka. Szkoda, wielka szkoda, może by coś z tego bylo. Przynajmniej dala mi swoj numer. Ciekawe czemu była sama w środku lasu.. Czemu nie zadzwonila po swojego chlopaka... Moze sie z nim poklucila. Moze mam jakies szanse.
Dala mi swoj numer, to jest jasny znak ze mam szanse. Własnie, moze zadzwonie... A moze nie bede jej sie narzucal... Sam nie wiem co robic...

*pov's Jo*
Harry mnie urzekł swym uśmiechem, umieśnionym ciałem , całokształtem. Ależ to jest ciacho...
O czym ja wogóle myśle? Przeciez mam Luke'a... Jestem jego dziewczyną.
Nagle uslyszalam hałasy na dworze. Wyjrzalam przez okno, a tam Luke niczym w komedii romantycznej rzuca czyms w moje okno. Uśmiechnęłam sie.
-Jo! Zejdz do mnie!
-A nie mozesz ty wejsc? Jak cywilizowany czlowiek przez drzwi...
-Wtedy nie bylo by tego efektu. - Uśmiechnąl sie .
-No dobrze - Odpowiedzialam uśmiechem i zeszlam na dol.
Przytuliłam go , a on mnie pocalowal i zacząl przepraszac za to ze mnie dzis zostawil. Rozmawialismy wtuleni w swoje ramiona, az w pewnym momencie zadzwonil mi telefon. Pozwolilam Luke'owi odebrać. Włączył na głośnomówiący.
- Halo, Jo? - Odezwal sie ktos męskim glosem.
Luke uciszyl mnie przystawiając mi palec do ust.
- A kto mówi? - Zapytał Luke.
- Przepraszam, to chyba pomył..
- Nie pomyłka, kto mówi? - Przerwal mu Luke
- Harry
Zachlystnelam sie sliną, Luke sie na mnie spojrzal pytająco.

niedziela, 28 września 2014

31

"Pov's Jo"
Weszłam do domu i skierowałam się do kuchni, siedział tam Dean z tatą. Na mój widok znieruchomieli.
-Josie! - Krzyknął Dean.
-Tak, to ja, Josie. - Uśmiechnęłam się troskliwie.
-Może usiądziesz? - Zaproponował tata.
-Oj, spokojnie. Jeszcze sobie tutaj z wami posiedzę, ale teraz chciałabym pojechać gdzieś z Lukiem.....
-Ach... No dobrze. - Powiedział tata.  -Ale żebyś tylko nam tu wróciła. - Uśmiechnęła się mama.
-Spokojnie wrócę, wrócę. - Obiecałam. - Pa.
I poszłam do mojego 'badboy'a'.
-Już wróciłaś?
-A co masz mnie dość? Nie cieszysz się?
-Cieszę się, bardzo. - Uśmiech. - Wskakuj do auta. Mam dla ciebie niespodzianke.
-Jaką?
-Niespodziankową.
-Masło maślane.
-Skończ i tak ci nie powiem, bo mię było by niespodzianki.
-Okey. - Powiedziałam z rezygnacją.
- No. W końcu...
Wsiedliśmy i pojechaliśmy w kierunku mojej niespodzianki. Ten czas spędzony w aucie jakoś się dłużył, spojrzałam na licznik i ujrzałam, że Luke, ten pajac jechał jakby chciał, żebym zasnęła. 
-Luke, może troszkę szybciej. - Zasugerowałam.
-Jak chcesz. - I gwałtownie przyspieszył. Myślałam, że zwymiotuję.
-A może jednak zwolnij.
-Zdecyduj się, Jo.
-Zaczynasz mnie irytować!
-Ty mnie też!
-No widzisz! Zatrzymaj się, wysiadam.
-Jak? Jesteśmy w środku lasu.
-Zatrzymaj się!!!
-Dobrze, wysiadaj! Szerokiej drogi! - Krzyknął i się zatrzymał. - Tylko żebyś po mnie nie dzwoniła! - I ruszył. Zostałam sama w środku, w samym środku lasu. Stałam na poboczu i próbowałam kogoś zatrzymać, ale bez rezultatu. Ludzie przyjeżdżali obok mnie, patrząc obojętnie. Jakby mnie nie widzieli, ale nadal próbowałam idąc w kierunku domu. Szłam tak godzinę, aż w końcu zatrzymał się jakiś......motor.
-Podwieźdź cię gdzieś? - Motocyklista zdjął kask. Był umięśnionym brunetem, z pięknymi  brązowymi oczami.
-A mógłbyś? - Spojrzałam błagalnie.
-No pewnie, a po za tym takim szlicznościom się nie odmawia. - Uśmiechnął się. - Jestem Harry, a ty?
-Josephine, mów mi Jo. - Uśmiechnęłam się.
-Dobrze Jo, to gdzie jedziemy?
-Jedź w tamtym kierunku. - Wskazałam ręką. - Powiem ci kiedy się zatrzymać.
-No dobrze, to wskakuj.
I wsiadłam na tę diabelską maszynę. Jechał z idealną prędkością, nie za szybko, mię za wolno. Nie to co Luke.
Przez jego kurtkę czułam napięte mięśnie. Mimo że jechałam na motorze, czułam się bezpiecznie. Nie wiem czemu, ale przy Harrym ogółem czułam się dobrze. Wiem , że to głupie, przecież znam go od jakis 4 minut.
Rozejrzalam się i stwierdziłam, że już jesteśmy blisko. Kazałam mu zatrzymać się trochę wcześniej, nie chciałam by rodzice znów się martwili.
-To tutaj mieszkasz?
-Nie, trochę dalej, ale stwierdziłam, że mogę się przejść kawałek.
-Aha, - Odrzekł. - Nie wiem czy mi wypada, ale może byśmy się spotkali jeszcze?
-Może, ale ja mam chłopaka. - Zerknęłam na niego oczekując reakcji. - Ale spotkać się możemy. - Uśmiechnęłam się do niego.
-Pewnie że możemy. - Odpowiedział wymuszonym uśmiechem. Ta się złożyło że miałam przy sobie kredkę do oczu. Napisałam mu na dłoni mój numer i się pożegnałam.

sobota, 27 września 2014

30.

Pov's Ashtona
Siedziałem w niebie gdy nagle Bóg podszedł do mnie pytając
- Co ty tak sam siedzi?
- A jakoś tak.
- Może wejdziesz naszą imprezę aniołów?
- nie jeszcze trochę tutaj posiedzę
Bóg odszedł a ja siedziałem dalej przy wielkiej fontannie. Rozmyślałem co dzieje się u moich żywych przyjaciół. Było mi smutno że nie są przy mnie no ale chociaż żyją. Wstałem i udałem ie w stronę baru "u Mojżesza".

29.

-Ale jak to?! Tak szybko? - Zapytałam zaskoczona.
-Nie wiem czy wiesz, ale ty trochę spałaś, a to trochę trwało... Ale się udało i możemy być szczęśliwi... To jak to uczcimy?
-No nie wiem.... Zaproponuj coś. - Odparlam uradowana.
-A może tak na początek damy znać o swoim życiu rodzicom i znajomym, a później trochę zabalujemy.
-Ach tak, rodzice.

'Pov's Luke'

Poderwała się na równe nogi i pobiegła na górę. Po pięciu minutach wróciła przebrana.
-Możemy jechać. - Wysapała.
-Spokojnie, zdążymy. - I poszedłem po kluczyki. - No to chodź księżniczko. - Posłałem jej uwodzicielski uśmiech (przynajmniej moim zadaniem uwodzicielski).
-Już biegnę, mój ty badboy'u. - Nie zabrakło w tym jej ironii. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy. Po półgodzinnej jeździe dotarliśmy do domu Jo. Gdy tylko się zatrzymałem wybiegła z auta i ruszyła w stronę drzwi. Nie zdążyła zapukać, a już ktoś jej otworzył. To była mama Josie. Obydwie stały jak wryte, patrząc na siebie w zamyśleniu. W końcu mama Jo przytuliła ją i obie się teraz obejmowały.

'Pov's mama Jo'

Przed chwilą moja kochana córeczka stanęła w drzwiach po tylu dniach nieobecności. Tak się o nią bałam, ale to już minęło... Jest cała i zdrowa... Wreszcie mogę trzymać ją w ramionach. Nareszcie jest znów przy mnie.... Nareszcie....

____________________________________  Podoba się wam blog, czy nie bardzo? Dalej kontynuować nasze wypociny? Ja osobiście mam nadzieję, że się podoba.... Proszę o komentarze. ;)

środa, 24 września 2014

28.

-Luke?
-Tak?
-Mam pytanie...
-Mów, słucham. - Odpowiedział i zwrócił na mnie wzrok.
-No bo, ja...ja zastanawiałam się, co teraz będzie... I może ty znasz na to odpowiedź?
-Jak to co? Zemścimy się na Casterwill'u i będziemy żyć długo i szczęśliwie... - Pocałował mnie w czoło.
-No tak... Zemścimy, ale w jaki sposób? Przecież go nie zabijemy...
-No nie, ale możemy go wsadzić
-Do więzienia? - Przerwałam mu.
-Tak... Do więzienia.
-A co będzie dalej? Bo co jeśli wyjdzie za dobre sprawowanie albo ucieknie?
-O to się nie martw. Będzie dobrze...
-Wiem, że będzie dobrze, kiedy będę przy tobie...
-Dobra Josie.... Jadę zawieźć dokumenty na policję... Ty zostań.
-Jakie dokumenty?
-Te które mam na Casterwill'a.
-Co mam robić sama?
-Przespij się trochę. Jak wrócę Casterwill będzie już w drodze do więzienia wraz ze swoimi ludźmi. - Uśmiechnął się i poszedł.
Więc poszłam spać, mając nadzieję, że Luke się nie myli. Śniły mi się Hawaje, a ja i Luke na tej cudownej wyspie. Było nieziemsko. Drinki, słońce, morze, atmosfera... Coś wspaniałego.. Lecz gdy się przebudzilam nadal byłam w domku Luke'a. A on siedział przy mnie uśmiechnięty, mówiąc 'udało się'. Myślałam na poczatku, że to też jest sen, ale na szczęście myliłam się...

piątek, 22 sierpnia 2014

27.

"Pov's Jo"
Nagle Luke odsunął się ode mnie, ale ja się do niego przybliżyłam.
- Cilling! Wziąć się w garść. - Spojrzał na mnie poważnie.
- Zdecyduj się. Czego w końcu chcesz? - Oburzyłam się.
- Chcę twojego bezpieczeństwa, ale jeśli będziesz odwalać takie numery... - Zaciął się i spojrzał na mnie. - Po prostu nie odwalaj już takich numerów, dobrze?
- Tak jest, panie....szefie!!! - Śmiałam się jak głupia, czyli normalnie-bo ja jestem głupia...
Luke też się śmiał, ale normalnie. Podszedł do mnie i objął...mnie oczywiście.
- No dobra Jo, wyluzuj. - Wyszczerzając się w łajdackim uśmiechu.
- To co robimy? - Zapytałam.
- Najpierw pokarzę ci broń. - Powiedział. - Chodź.
- Okey. - Złapałam go za rękę i poszłam. Zaprowadził mnie na strych. Otworzył drzwi i wprowadził mnie do środka. Wnętrze było urządzone jak pokój dla dziecka, zupełnie niepozornie. Przekonałam się o tym gdy odsunął plazmę i otworzył sejf znajdujący się za nią. Był wyładowany po brzegi pojemnikami przeróżnej wielkości. A w tych pudełeczkach...broń, jak już wcześniej wspominałam. Luke wyjął kilka i jedno dał mi.
- Otwórz. - Spojrzał na mnie jak Romeo na Julię. A więc otworzyłam. Był w nim malutki sztylecik w pochwie. - Podoba ci się?
- Tak. Jest bardzo...poręczny. - Powiedziałam dzierżąc sztylet w dłoni.
- Wiem. - Uśmiechnął się. - Kupiłem go z myślą o tobie.
- To pewnie dla tego, że jestem taka ostra.
- Cięta riposta.
- Cięta jak rana wykonana przeze mnie tym ostrzem - Pokazałam na sztylet. - na tym dupku, co zabił Asha.
- Naprawdę ostra.
- Hahahaha - Uśmiechnęłam się.
- To co robimy?
- A co proponujesz? - Powiedziałam. - Jestem otwarta na propozycje.
- Aha. - Wziął mnie na barana i zbiegł na dół.
- Co ty robisz? - Śmiałam się.
- Czy to ważne, przecież jesteś otwarta na propozycje, a ja proponuję zaszaleć.

piątek, 8 sierpnia 2014

26.

Nie mogłam uwierzyć, w to co zrobił. On naprawdę myślał, że ten pobyt tu będzie powrotem do dawności. Odepchnęłam go i powiedziałam:
- Nic, a co byś chciał niby robić? - Rzekłam. - Masz tu internet?
- Internetu nie ma i zapomniałem ci powiedzieć, że musisz wyłączyć komórkę. - Odparł. - Ale mam do zaoferowania wiele innych zajęć.
- O jak już późno... Spać mi się chce. Gdzie mogę się ulokować?
- Ty jesteś już ulokowana, w moim sercu. - Fałszywy romantyk. - A jak naprawdę chce ci się spać, to zapraszam tam. - I wskazał palcem w górę, po czym zaprowadził mnie "tam". Pokazał mi całą górę.
- Tu jest łazienka. A tam pokój wypoczynkowy z tarasem. A tutaj będziemy spać. - Wprowadził mnie do pokoju. Stały tam dwa łóżka jedno-osobowe i jedno wielkie. Na oknach stały wielkie świece, a same okna były czymś zasłonięte (Chyba pancernymi roletami).
- A to to co? - Wskazałam na rolety.
- A to to dla twojego bezpieczeństwa. - Powiedział i zaczął się rozbierać, a gdy napotkał mój wzrok, dodał.- Jak ty idziesz spać to ja też. Co będę sam robić? - Miał minę ojca, gdy jego córka pyta się "skąd się biorą dzieci?". Zaczęłam się śmiać, a on patrzył na mnie ze zdziwieniem i sądząc, że nie wypada zrobić nic innego, zaczął się śmiać.
- Z czego tak rżysz? - Zrobiłam całkiem poważną minę. - Irytujesz mnie.
- Hahahahhahahaa. - Wpadł w całkowitą furię śmiechu. - Odezwała się pani Cilling. - Spojrzał na mnie z tym jego szyderczym uśmieszkiem na twarzy. - Dobra, idę spać. - I wpakował się pod kołdrę. Więc i ja postanowiłam położyć się do łóżka. Tylko zdążyłam się położyć i już usłyszałam chrapanie Luka. I wpadł mi do głowy wspaniały pomysł. Tak się akurat złożyło zachciało "jeść", więc napisałam Lukowi karteczkę, że poszłam "wrzucić coś na ruszt". I poszłam do kuchni. Zajrzałam do lodówki i wzięłam kechup, który później wymieszałam z odrobiną wody. Sięgnęłam po nóż kuchenny i zamoczyłam w "krwi". Rozlałam na podłodze troszkę, a resztą wysmarowałam szyję. Otworzyłam drzwi na taras i położyłam się głową na plamie z kechupu i wody, po czym krzyknęłam.

"Pov's Luke"


Usłyszałem krzyk Jo. Zobaczyłem karteczkę i szybko zbiegłem na dół. Jo leżała nie ruchomo na plamie krwi. Drzwi od tarasu były otwarte.

- Cholera!!! Jo... Jo... Obudź się. - Ruszałem ją. - Nie... To nie może być prawda. To nie może być prawda!!! Moja kochana Jo. - Trzymałem ją w ramionach. - Kochana Josie... - Zamknąłem oczy i nadal ją do siebie przytulałem. Nagle poczułem na ustach dotyk, dotyk rozpalonych ust Jo. Otworzyłem oczy i zobaczyłem ją, roześmianą. Całowała mnie namiętnie.
- Myliłam się co do ciebie. - Powiedziała i zaczęła mnie całować. Całowała mnie bez końca, bez końca.

czwartek, 7 sierpnia 2014

25.

Nie wiedziałam co powiedzieć.Nie wiem czemu akurat tak strasznie trudno jest mi opisać co czuje. Mam mętlik w głowie. A co do wydarzeń z przed tygodnia to na prawdę nie mam siły na jakieś miłosne wyznania. Cieszyłam się iż on nie potrzebował odpowiedzi własnie w tej chwili. z drugiej strony nawet na mnie nie spojrzał. (głupia Jo myśli że jak się prowadzi to można się rozglądać, egh). Nagle przyspieszył.
- nie coś żebym jakoś miała obawy, ale czy nas chcesz do cholery pozabijać? - wydarłam się gdy tylko zaczął wymijać samochody z przodu.
- siedzą nam na ogonie?
- kto?
- ludzie - powiedział a ja mu przerwałam
- uuu ludzie, wiesz myślałam że kurwa kosmici
- czemu ty nigdy nie dasz mi skończyć? - powiedział a ja tylko mruknęłam - dziękuje, to ludzie Casterwill'a
- tego który zabił Ashtona? - spytałam
- tak
- mogę zrobić coś głupiego?
- chcesz wyskoczyć z samochodu? to bardzo proszę - zaśmiał się
- nie bądź cyniczny, ale mogę?
- no dobra - powiedział a ja otworzyłam okno i wystawiłam środkowy palec w kierunku dwóch czarnych Range Roverów. Luke spojrzał na mnie wstrzymując śmiech.
- no co?
- czasami zachowujesz się jak jakaś chora psychicznie dziewczyna
- naprawdę? - powiedziałam udając iż się obrażam. On tylko skręcił w jakąś polną drogę. Przez chwile jechaliśmy asfaltem. Potem już żwirową drogą.
- emm to nie jest chyba droga do banku - powiedziałam.
- naprawdę? - spytał z sarkazmem.
- O Boże. - On naprawdę jest  wkurzający.
- O Boże, Boże, Bożenkooooooo. - Śmiał się jak dzikus.
- Jedź szybciej, a nie mnie denerwujesz.
- Już się robi, "księżniczko" - I gwałtownie przyspieszył z stu do dwustu dwudziestu kilometrów na godzinę. Myślałam, że rzygnę. Ludzi Casterwill'a już dawno nie było widać, a on jechał coraz szybciej i zaczęłam doceniać jego grata.
- Gdzie ty mnie wieziesz, do cholery jasnej?
- W bezpieczne miejsce. - Jechaliśmy samymi polnymi i leśnymi drogami. Zaczynałam się bać. Jeszcze nigdy nie jechałam samochodem szybciej niż sto dwadzieścia kilometrach na godzinę, a co dopiero mówić powyżej dwustu. Po dziesięciu minutach zatrzymał się przy jakiejś starej chacie na całkowitym pustkowiu. Myślałam, że zwariował.
- Wysiadaj. - Rzekł stanowczo.
- Dobra, ale tyl...
- Żadne ale. Wysiadaj, już. - Wytrzeszczyłam na niego oczy. Nigdy nie był taki poważny, on w ogóle nie był poważny. Wziął mnie za ramie i poprowadził do tej chaty.
- Szybko. - Popędzał mnie.
- Już. Dobrze.
- Nic nie jest dobrze. Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Musimy być ostrożni. - Otworzył drzwi ( chyba z dziewięciu spustów). Wepchnął mnie do środka.
- Poczekaj na mnie tutaj. Muszę ukryć auto.
- Oki, toki.
Luke wyszedł, a ja rozejrzałam się do o koła. Byłam zdziwiona, ten dom był urządzony z nowoczesnym stylu, nawet bardzo nowoczesnym. Jest lepiej urządzony, niż mój dom. Nagle usłyszałam warczenie silnika. Wyjrzałam za okno, ale nic nie zauważyłam. Po chwili Luke wyszedł z centrum domu. Jakiś ukryty garaż? Może.
- I co robimy księżniczko? - Luke podszedł do mnie, objął i pocałował.    

24.

"Pov's Luke"
 Nie wiem jak to zrobię, ale na pewno Casterwill nie zostanie bezkarny. Mam nadzieję, że Jo mi pomoże i że nic jej się nie stanie.Wiem jedno muszę działać szybko, w trosce o Jo. Nie wiem co bym sobie zrobił gdyby coś się jej stało, nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Na razie muszę zdobyć zaufanie Josie. A to nie będzie łatwe po tym co jej zrobiłem. Jestem dupkiem. Faszystowskim dupkiem. Jeszcze Josie uważa mnie za krewnego Hitlera. Nie wiem czemu, ale gdybym był kimś innym też tak bym o sobie pomyślał. Dobra biorę się w garść, dzwonię do Jo.
- co chcesz? - spytała od niechcenia.
- może trochę grzeczniej?
- oh przepraszam, drogi Lucas'ie
- Dobra. Sory Jo. - Przeprosiłem.
- Wow! Naprawdę? Za co? - Grała mi na nerwach.
- Nie gniewaj się...Naprawdę przepraszam. - Starałem się być miłym.
- Za co miałabym się gniewać? A nie sory już wiem. Kiedy oddasz mi forsę za sweter?
-  Za chwilę, już do ciebie jadę. - Jak dobrze, że wyciągnęła sprawę swetra, przynajmniej będę mógł się z nią spotkać.
- Dobrze. Czekam. Jak nie będziesz za pięć minut, nie wpuszczę cię do domu. Pa.
- Jo, czekaj... - Rozłączyła się.
Wziąłem szybko kurtkę i klucze od mojego wozu. Pojechałem szybko. Po czterech minutach już stałem na jej werandzie. Otworzyła mi drzwi dopiero po minucie.
- Czemu mi nie otwierałaś? - Zapytałem zbulwersowany.
- Mówiłeś, że będziesz za pięć minut, a minęło cztery. Skąd mogłam wiedzieć, że to ty? - Argumentowała
- Rozumiem.Mogę wejść? - Byłem wyrozumiały.
- Najpierw forsa. - Sprytna Jo.
- To ile? Pięćdziesiąt? Sto dolarów?
- Tysiąc.
- Co ? Chyba Cie poje... Dobrze. Ale nie mam takiej sumy przy sobie. - Jestem w stanie się poświęcić dla Josie. I tak nie wiadomo czy to przeżyjemy. - Możemy pojechać do banku i je wypłacę.
- Okey. Poczekaj na mnie chwilkę. Zaraz wracam. - Pobiegła do domu.
- Poczekam. - No i czekałem, godzinę.
- Dobra, już jestem.
- Zauważyłem. Dłużej się nie dało?
- Coś ci nie pasuje? Mogę się wrócić. - Spojrzała szyderczo
- Nie. nie. Wszystko ok. - Powiedziałem. - Jedziemy?
- Tak.

"Pov's Jo"

Otworzył mi drzwi jak dawniej, jak prawdziwy dżentelmen.
- Dzięki. - Starałam się być miła. Choć myśl o Ash'u, psuła mi samopoczucie. Najchętniej też bym się zastrzeliła. Trudno jest żyć, kiedy było się z osobą, która już nie żyje. Chociaż nadal czuję coś do Luka, nie mogę dać tego po sobie poznać, ale on mi to wszystko utrudnia. Samym swoim istnieniem.
- O czym  tak rozmyślasz ślicznotko? - Naprawdę mi to utrudnia.
- O tobie playboy'u. - Wyrzekłam. - Naprawdę o tobie. - Poszeptałam dla siebie, ale on to chyba usłyszał i zwrócił się do mnie:
- Posłuchaj Jo, ja naprawdę cię kocham, kochałem i będę kochał.

wtorek, 5 sierpnia 2014

23.

'pov's Jo'
Po co tu przyszedł? Chciał żeby wszystkie wspomnienia wróciły? Miałam dość ludzi. Od tamtego dnia prawie noc w noc płakałam. Nie mogłam wyrzucić obrazu Ashtona dzień przed tą tragedią. Po prostu rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Nikt nie wiedział kiedy nadejdzie ta pora, nikt nie wiedział kiedy się pożegnać. Ale on miał czas by to zrobić. Wracając do Luke'a skąd do cholery miał mój adres. Podawałam go tylko Mii i prosiłam o dyskrecje. Jeśli dowiedział się od niej zrobię jej wielką awanturę. Coś mnie tknęło przy przejść się po ulicy. Od przeprowadzki siedziałam dzień w dzień w domu albo sprzątałam albo grałam na gitarze smętne piosenki. To był dzień wyrwania się z czterech ścian. Postanowiłam przejść się do pobliskiego parku. Powdychać powietrza po deszczu. Ubrałam się w kurtkę, botki oraz wzięłam wyłącznie pieniądze. Nie chciałam by ktokolwiek dzwonił, bo jeśli Luke zdobył mój numer to każdy może go mieć. Wracając z wycieczki zobaczyłam pod domem duży czarny samochód terenowy a przed stało kilku facetów z bronią. Nie wiedziałam co mogli robić na tak spokojnej uliczce. A co jeśli czekają na mnie? A jeśli to co powiedział Luke ma coś wspólnego ze mną? Postanowiłam pobiec do Mii. Nie powiem zeszło mi trochę. Przeprowadziliśmy się o cztery przecznice. Gdy dotarłam zastałam dziewczynę na dworze razem z jej mamą.
- hej - powiedziała gdy tylko weszłam na werandę.
- cześć - odparłam - możemy pogadać? - spytałam
- tak, chodź do środka - powiedziała otwierając drzwi.
- o czym chciałaś pogadać?
- możesz mi powiedzieć skąd Luke miał mój adres?
- ja nic mu nie mówiłam, przysięgam, znaczy dzwonił ale powiedziałam mu tylko że przeprowadziłaś
- to skąd ten dupek ma mój adres?
- nie wiem, ma swoje sposoby.
Nastała cisza. Nie wiedziałam co robić.
- a ty?
- co ja?
- no wyszłaś z domu
- No wyszłam, przecież jestem cywilizowanym człowiekiem.
- Przecież wiesz, że nie o to mi chodziło. - Powiedziała zdekoncentrowana.
- Tak wiem. - Odparłam. - Teraz mogą mnie zastrzelić, udusić, utopić...Bla...bla...bla...Nie bądź nadopiekuńcza.
- Nawet o tym nie myśl - Mia próbowała mnie pocieszać. - To mógł być przypadek.
- Przypadek?! Zwariowałaś!? - Zdenerwowałam się. - Śmierć Asha to zwykły przypadek?

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

22.

Zaczęłam płakać. Po chwili przyjechała policja i karetka. Niestety, było za późno. Usłyszałam tylko jak prosi mnie o to bym o nim pamiętała. Zaczęłam jeszcze bardziej płakać, aż w końcu myślałam jak to mogło się stać. Nagle przyszła mi do głowy jedna osoba. To na pewno Luke! Ale to były tylko przypuszczenia, nie mogę go oskarżyć bez powodu! Poczekałam aż zabrali Asha do szpitala i pobiegłam do domu Luke'a. Zaczęłam dobijać się do jego drzwi.
- Luke otwieraj !
Wysoki blondyn wyszedł na werandę.
- Co ty tu robisz.
- Wyobraź sobie, że ktoś postrzelił twojego kolegę.
- Którego?!
- Boże, no chyba Ashtona.
- Ale, ale jak to?
- Daj numer do swojego dilera.
- Co skąd wiesz.
- Co?!
- Eeee nie ważne. Powiedz, co się z nim dzieje?
- Pojedźmy do szpitala i się dowiemy.
- Chodź.
Luke odpalił swój samochód. Jadąc rozmyślałam co się dzieje. Źle się czułam z tą całą chorą sytuacją. Gdy tylko dojechaliśmy, wbiegłam do szpitala. Zaczęłam się stresować, wszystko wydawało się takie nie realne. Nagle zobaczyłam, jak wiozą Ashtona na salę operacyjną.

'4 godziny później'
Siedziałam jak na szpilkach. A Luke w tym czasie jak by niczym nie przejęty spał. Nagle pojawili się Michael i Calum. Zaczęli histeryzować, powiedziałam im że wszystko będzie dobrze, chodź sama w to nie wierzyłam. Zadzwoniłam po dziewczyny. Atmosfera była napięta, Luke nadal spał, wytłumaczyłam im wszystko. Nagle przyszedł doktor, oznajmiając najgorszą informacje w moim życiu
- Wasz kolega. Niestety zmarł.
- Co?! - Powiedzieliśmy chórem aż ten idiota, Luke się obudził.
Wytłumaczyliśmy mu wszystko z trudem.

'tydzień później'
Wszyscy spotkaliśmy się na pogrzebie. Popatrzyłam się na jego matkę, mając łzy w oczach. Później wszyscy się rozeszliśmy.

'Pov's Luke'a'
Siedziałem załamany, myśląc kto mógł go zabić. Przecież on nic nie zrobił,  powinienem to być ja. Nie potrzebnie go w to wszystko wciągnąłem. Ale obiecałem sobie że zemszczę się na zabójcy Asha. Zezłoszczony co raz bardziej, mnie to irytowało aż postanowiłem się kogoś poradzić. Jedyną nadzieją dla mnie była Jo. Dzwoniłem do niej wiele razy ale za każdym razem włączała się sekretarka. Postanowiłem do niej pojechać. Aż nagle wpadłem na pomysł kto mógł go zabić. Casterwill, to na pewno on! Roztrzęsiony pojechałem porozmawiać z dziewczyną. Gdy dojechałem do jej domu wyszedłem z samochodu. Dzwoniłem do drzwi, jednak nikt nie otwierał. Postanowiłem załatwić to inaczej, rzucałem kamieniami w ścianę. Jednak znowu bez efektu. Wydawało się jak by nikt tu nie mieszkał. Potem zobaczyłem tabliczkę z napisem 'sale' wkurzyłem się i zadzwoniłem do Mii. Powiedziała mi że Jo przeprowadziła się. Jednak nie chciała powiedzieć gdzie dokładnie. Wsiadłem w samochód i zadzwoniłem tam gdzie trzeba. Jechałem nie patrząc na licznik. Nagle dostałem anonimowy sms w którym było napisane 'Jak myślisz kto zabił twojego przyjaciela' Wystraszyłem się. Nagle przyszedł drugi sms 'Następna będzie Jo' Po tej wiadomości postanowiłem do niej pojechać. Zapukałem do drzwi, otworzyła mi jej mama. Prosiłem by dziewczyna zeszła na dół. Z niechęcią ją zawołała. Pierwszy raz zobaczyłem ją w tak opłakanym stanie.
- Co tu robisz? - spytała,
- Emmm. muszę ci coś powiedzieć na osobności, wyjdź na chwile na dwór.
- Ehhh. no dobrze.
Wytłumaczyłem co mogło spowodować jego śmierć. Nagle spoliczkowała mnie i mówiąc iż to moja wina. Jo weszła do domu zamykając drzwi na klucz.

21.

Spędziliśmy większość dnia na szukaniu odpowiedniego a zarazem nie drogiego domu. Przez to całe sprawdzanie stanu, czynszu lub ceny za cały dom wyleciało mi wszystko z głowy. Włącznie z Lukiem i Ashtonem po Julie i ten cholerny list, który jakimś cudem znalazł się w moim pokoju. Od samego początku nie wzięłam tego na serio. A co jeśli to kolejny głupi żart a ja przejmuje się jakąś błahostką? Jadąc do domu, w samochodzie zrobiło się duszko i nagle zabrakło mi powietrza. Przyznam iż mam mały lęk przed zamkniętą przestrzenią ale nigdy nie ujawnił się właśnie podczas jazdy samochodem która jak na samochód, był naprawdę duży. Gdy dojechaliśmy do naszej posesji najszybciej jak umiałam wybiegłam z samochodu. Potrzebowałam teraz trochę czasu dla siebie. Postanowiłam wejść na werandę za domem. Siadłam na starej ławce. Pierwszy raz w życiu miałam dość wszystkiego, brzydziłam się samą sobą. Czemu? Sama nie wiem to nie ja zrobiłam błąd ale pytanie czemu teraz ja za to płace? czemu to ja mam wyrzuty sumienia? czemu ktoś chce mnie 'zabić'? nie miałam pojęcie kiedy ale rozpłakałam się jak małe dziecko. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. W duchu jakaś mała cząstka chciał by to był Luke, tylko jedna i to mała. Okazało się że to tata.
- plączesz przez to że się wyprowadzamy? - spytał.
- wiesz że nawet nie - powiedziałam ocierając łzy z policzka.
- to przez chłopaka? mam mówiła że umawiałaś się z...
- tak ale to jest zbyt skomplikowane żeby to pojąć - powiedziałam a po chwili dodałam - niestety muszę  lecieć omówiłam się z Ashtonem, poznam Cie z nim - nie wiem czemu akurat jego imię powiedział z szczerą radością. Może to właśnie jego potrzebowałam? Weszłam do łazienki zrzucając ciuchy. Gorący długi prysznic to jedyne czego teraz chciałam. Nie wiem jak długo siedziałam w łazience ale wydawało mi się to jak wieczność. Przygotowałam jakieś bardzo wygodne a zarazem kobiece ciuchy. Chciałam aby Ashton myślał że jesteśmy przyjaciółmi ale z drugiej strony chciałam mu  zaimponować. Za piętnaście czwarta wyszłam na ganek czekając aż pojawi się wóz Ashtona. Przez ostanie minuty patrzyłam tylko w lusterko i spoglądałam na okno w którym stał tata. Zapewniałam go iż Ash jest jednym z chłopaków z którym powinien pozwolić mi się spotykać, nie to co na przykład Luke. Gdy tylko zobaczyłam samochód chłopaka aż podskoczyłam z wrażenia.
- witaj - powiedział zachrypniętym głosem.
- cześć - opowiedziałam uśmiechając się od ucha do ucha - mógłbyś poczekać chwilkę? - spytałam
- nie ma sprawy poczekam - postanowiłam wejść na górę po telefon który zostawiłam. Jak na złość nie mogłam go nigdzie znaleźć. Nagle usłyszałam strzał oraz krzyk mojej mamy. Zbiegłam zobaczyć co się stało. Gdy wybiegłam zobaczyłam wszystkich moich sąsiadów którzy wyszli, moja mama stała koło Ashtona. Pobiegłam do niego, z jego klatki piersiowej sączył się krew. Padłam na kolana. Byłam roztrzęsiona, to co zobaczyłam było straszne. On umierał mi na kolanach a ja nie mogłam nic zrobić.

czwartek, 31 lipca 2014

20.

'Pov's Jo'
Przetańczyłam z Ashtonem prawie całą noc. Trudno było mi się z nim pożegnać ponieważ naprawdę dobrze się dogadywaliśmy. Chłopak postanowił odwieźć mnie do domu. Co naprawdę dobrze się złożyło bo chciałam pobyć z nim chociaż te dziesięć minut.Nie wiem czy mogę powiedzieć że się w nim zakochałam jednak na pewno coś jest między nami. Przez większość moje życia nie szukałam chłopaka bo po co, miłość przyjdzie kiedy będzie chciała. Niestety w moim przypadku przyszła zrobiła bałagan i odeszła. A może tak powinno być? Przez całą drogę nie odzywaliśmy, jedyny dźwięk w samochodzie to jakaś stara piosenka lecąca z radia. Piosenka przypomniała mi o wakacjach spędzonym u babci na farmie oraz naszym wyjeździe z Susan i Mia do Londynu. Czasem potrzebna jest chwila żeby przypomnieć sobie wszystko. Zatrzymaliśmy się pod moim domem.
- dzięki za podwiezienie - powiedziałam odpinając pasy lecz nie tracąc kontaktu wzrokowego z Ashtonem.
- nie ma za co - powiedział - umówimy się jeszcze kiedyś?
- z tobą z chęcią - powiedziałam. Chłopak przybliżył się by złożyć całusa na moim policzku. Jednak ja nie mogłam się powstrzymać przekręciłam głowę tak że jego usta napotkały moje łącząc je w namiętnym pocałunku. W głowie karciłam się za mój ruch, bo co on sobie pomyśli? że jestem jakąś napaloną, niedojrzałą nastolatką.
- przepraszam - powiedziałam gdy odsunął się ode mnie. - nie wiem co mnie napadało - powiedziałam rumieniąc się niczym świeże bułki {haha lel sorry ale napisałam to dla Olgi która piecze czasem bułki ;)}
- nie masz za co przepraszać - uśmiechnął się - prędzej czy później i tak doszło by do tego
- będę się zbierać, jest późno a moi rodzice nawet o tym nie wiedzą więc i tak zostanę uziemiona
- zwal całą winę na mnie
- przestań, zdzwonimy się?
- tak, dobranoc
- dobranoc
Jeszcze przed wejściem do domu pomachałam Ashtonowi na pożegnanie. Po wejściu aż promieniałam. Chciałam tańczyć ale też płakać. Nadal kocham Luke'a ale nie widzę sensu by zabiegać o jego względy a Ashton, on daje mi przyszłość. Weszłam po cichu do pokoju. Oczywiście narobiłam rabanu. Zrzuciłam wazon, który jak na złość się stłukł, drzwi zaczęły skrzypiec. Gdy dotarłam do łazienki zrzuciłam ciuchy i weszłam pod prysznic. Zaczęłam rozmyślać o moim pierwszym spotkaniu z Lukiem...

"- jezu, sorry 
- nie no, nie szkodzi 
- oddam Ci kasę za nią, wygląda na drogą 
- nie no, przecież nie zrobiłeś tego specjalnie
- emm, a co jeśli zrobiłem to specjalnie? "

Wyrzuciłam to wspomnienie z mojej głowy. Nie wiem co to za uczucie, poczucie winy? smutek? zazdrość? złość? a może wszystko na raz? Mam nadzieje że przejdzie. A jeśli tak naprawdę to co czuje do Ashtona to nie jest miłość? gdy weszłam do pokoju zauważyłam na łóżku list. W środku znajdował się list.. z pogróżkami. Nie wiedziałam o co chodzi.  Postanowiłam nie myśleć o tym i pójść spać.

***
Obudziły mnie głośne rozmowy. Wstałam i podeszłam do drzwi. Gdy je otworzyłam ujrzałam moich rodziców.
- hej Jo - przywitała się ze mną mama
- cześć - powiedziałam ziewając - co tak głośno rozmawiacie?
- a kłócimy się jaki dom wybrać - powiedział tata
- a może dacie wybrać mi i dziewczynami , w końcu będziemy mieszkać tam razem..
- wiesz to nawet dobry pomysł - powiedziała mama
- tylko nie wybierzcie najdroższego - zaśmiał się tata. Ja tylko uśmiechnęłam się i weszłam ponownie do pokoju. Ubrałam się w coś wygodnego ponieważ zapowiadał się nudny dzień w domu. Postanowiłam zadzwonić do Julie zapytać się co u niej i jak się czuje jednak gdy otworzyłam telefon ujrzałam wiadomość od Ashtona.
'hej, czy pasuje ci spotkać się jutro o 16? x' - 'tak, pasuje mi x' - 'podjadę po ciebie x' okej,tak ogólnie to cześć' - ' jak Ci się spało?' - 'dobrze, nawet bardzo dobrze tylko jest mały problem' - 'jaki?' - 'dostałam list i tak był tekst typu "jeszcze Cie dopadnę" nie wiem czy mam się bać' - 'póki jesteś przy mnie nie masz się czego bać x' - ' to było słodkie , niestety muszę się zbierać bo jedziemy oglądać nowy dom, miłego dnia; - 'miłego dnia x'.
Aktualnie wsiadałam do wozu wraz z Clarie i Faith. Zaczęłyśmy rozmawiać na temat tego jak przystojnych chłopków spotkałyśmy w klubie. nie byłą zbyt zajęta ponieważ w mojej głowie cały czas było jedno imię 'Luke'..

wtorek, 29 lipca 2014

19.

"Pov's Jo"
Bawiłam się z Ashtonem wspaniale. Genialnie tańczy. Czułam, ze coś z tego będzie. Umówiliśmy się w czwartek o szesnastej. Czyli miałam na wyszykowanie się godzinę. Postanowiłam wyglądać 'ostro'. Clarie i Faith pomogły mi coś wybrać do ubrania. Gdy wciągnęłam to już na siebie, stwierdziłam, iż wyglądam jak punkowa girl. Faith podkręciła me loki i popsikała lakierem go włosów. Clarie zajęła się moim makijażem. Po dokończeniu 'pindrzenia' wyglądałam bardzo dziewczęco, ale z pazurem. I takiego efektu oczekiwałam. Ashton'owi opadnie szczena, kiedy mnie zobaczy. Jak zwykle spotkanie zostało umówione na koncert zespołu, w którym gra. Byłam już gotowa. Gdy schodziłam po schodach zadzwonił dzwonek do drzwi. Zbiegłam najszybciej jak potrafiłam, ale to nie było łatwe w tych wysokich butach od Faith. To był Ash.
- Witaj ślicznot... - Oniemiał. To chyba dobry znak.
- Cześć Ash. - Odpowiedziałam.
- Wyglądasz onieśmielająco... - Skomplementował mnie.
- Dzięki. - Uśmiechnęłam się. - Ty też niczego sobie.
Uśmiechnął się i wziął mnie za rękę. Zaprowadził do auta i kulturalnie otworzył m drzwi. Wsiedliśmy i odpalił silnik swojego sportowego samochodu. Byłam pod wrażeniem. Jego auto to było coś, nie to co rupieć Luka.
Dojechaliśmy na miejsce i weszliśmy do klubu.
- Teraz Cię na chwilę przepraszam, ale muszę lecieć, bo zaraz zaczynamy. - Powiedział  pobiegł na scenę.
Podczas koncertu wszystkie dziewczyny krzyczały " I love you, Ash ". Ale on patrzył tylko na mnie. To było takie słodkie. Luke to zauważył. I wtedy krzyknął:
- Kocham Cię... - Zaciął się. - Kylie.
Po koncercie tańczyłam z Ash'em cały czas. Czułam się jak w niebie. To przez Ashtona. Był takim dżentelmenem.
- Jak się bawisz? - Zapytał.
- Jak nigdy przedtem! - Przekrzyknęłam muzykę. - Ale muszę do toalety.
- Okey. - Powiedział. - Poczekam.
- Zaraz wracam. - Obiecałam i poszłam.
Drogę do toalety torował mi Luke.
- Szybko znalazłaś sobie pocieszyciela. - Powiedział.
- Po pierwsze, to sam mnie znalazł. A po drugie to samo można powiedzieć o tobie. - Rzekłam i przepchnęłam się do ubikacji.
Gdy wychodziłam też na mnie czekał.
- Ja to nie to samo co ty. A po za tym dla mnie nigdy się tak nie wystroiłaś. - Powiedział z wyrzutem.
- No wiesz, nie byłeś tego wart. Nie myślałam, że okażesz się takim dupkiem, ale coś mi w duchu podpowiedziało, żeby tego nie robić. Ale za to teraz mi mówi, że Ash to jest ten. - Wytłumaczyłam. - A na ciebie przypadkiem nie czeka Kylie?
- Nie ma jej tutaj. - Powiedział.
- To czemu krzyczałeś, że ją kochasz skoro jej tu nie ma? - Dziwny jest.
- Żebyś była zazdrosna. A Kylie to moja koleżanka. - Przyznał się.
- No i po co robić z siebie błazna? I tak Ci się to nie udało. - Powiedziałam. - Wracam do Ashtona, widziałeś jaki ma tyłek? - Zrobiłam Lukowi na złość i poszłam.
- To wracamy na parkiet? - Powiedziałam do Asha idąc.
- Z tobą? Zawsze. - I porwał mnie w rytm muzyki.
     ***
"Pov's Julie"
- Wiesz, chyba nie powinniśmy. Dopiero co się poznaliśmy. - Powiedziałam wydostając się z niego uścisków.
- To źle, że się polubiliśmy? - Zapytał zdegustowany.
- To bardzo dobrze. - Zgodziłam się. Pocałował mnie. Było miło.
- Przestań! - Krzyknęłam. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Słucham i nie zabroniłaś mi cię całować. - Powiedział.
- To od tej pory Ci zabraniam. - Co ja robię? - Przytulił mnie, wziął na ręce i zaczął gdzieś nieść.
- Ej gdzie mnie zabierasz. - Brak odpowiedzi. Spoliczkowałam go. Nadal zero reakcji. Wszedł do jakiejś sali i zamknął nas na klucz. - Ej co ty robisz? W tej chwili mnie wypuść!
- Nie wypuszczę cię puki mi nie pozwolisz się całować. Mogę wyjść w twoich prześlicznych oczętach za psychopatę, ale musisz mi pozwol... - Nie wytrzymałam tego gdakania. Rzuciłam się na niego i zaczęłam bić.
- Posłuchaj psychopato, mnie nie będziesz przetrzymywał nigdzie jeżeli nie wyrażę pozwolenia! Rozumiesz?!- Kolejny plask.
- Rozumiem. Więc wyrażasz zgodę? - Wyparował.
- No powiedzmy. To jakie atrakcje zapewniasz? - Zażartowałam, ale nadal z niego nie zeszłam.
- Dużo atrakcji. Co tylko zechcesz. - Uśmiechnął się. - To co chcesz?
- Chcę loda. - Powiedziałam i po chwili dodałam. - Truskawkowego.
- Szkoda. Już myślałem...- Spoliczkowałam go.
- Co myślałeś? - Zapytałam.
- Nic, nic. - Wyjąkał.
   

poniedziałek, 28 lipca 2014

18.

Przeszłyśmy do pokoju Julie. Po drodze doprowadziłam moją twarz do zwykłego stanu. W pokoju był tylko James i Mia.
- jak się masz - spytałam Julie.
- pytanie, wszystko mnie boli i ta ręka, najgorsze co mogło się stać - powiedziała łamliwym głosem. - a ty gdzie byłaś?
-  czy to takie ważne?
- wydaje mi się że tak, ale jeśli nie chcesz mówić to nie - powiedziała.
- wiesz... byłam... na spacerze musiałam nad czymś pomyśleć, powiem Ci jak będziemy tylko we dwie
- czyli babskie sprawy?! - powiedział James.
- tak jakby - powiedziałam patrząc na niego z niepokojem. Zapadła cisza. Nagle do Mi zadzwonił telefon.
- halo? - spytała wychodząc z sali. Nagle wbiegła Susan. Popatrzyła na nas i wypaliła.
- matko Julie jak ty mnie nastraszyłaś - powiedziała ledwo oddychając
- no jak widzisz żyje - powiedziała Julie.
- śmieszne - powiedział Sus robiąc minę obrażonej. - właśnie Jo, widziałam tego twoje chłopaka powiedziała blondynka. Po chwili byłam całą czerwona.
- ej okej? - spytał James.
- o co Ci chodzi? - spytałam - wiesz na razie nie obchodzi mnie co robi - zwróciłam się do mojej przyjaciółki. Wiecie on nie jest teraz już ważny. - wypaliłam na koniec.
- ej coś się stało - spytał James
- zerwaliśmy - powiedziałam po czym wszyscy zwrócili wzrok na mnie - no co?! tak musiało się stać
- pewnie się pogodzicie - powiedziała Julie
- nie wydaje mi się - szepnęłam do siebie gdy do pokoju weszła Mia
- dzwonił Mac i powiedział że dzisiaj jest ta impreza i musisz na niej być James - powiedziała na jednym wdech. Sytuacja była dość dziwna ponieważ po usłyszeniu imienia 'Mac' James jakby podskoczył w swoim fotelu.
- niby cholera jak on sobie to wyobraża przecież Julie - nie skończył ponieważ Julie mu przeszkodziła
- nie trać tego prze zemnie, idź - powiedziała - i wy dziewczyny też. - długo kłóciliśmy się o to czy iść czy nie Mia i ja byliśmy na nie James chciał pójść jednak Julie nie puści go samego ta tę imprezę. tak więc idziemy jako obstawa Jamesa. Dla mnie to dobrze że nie będę musiała siedzieć w czterech ścianach domu i rozmyślać. Postanowiłam zadzwonić po Clarie i Faith. Faith postanowiła zostać w domu za to Clarie ucieszyła się jak małe dziecko gdy usłyszała jakie mamy plany.Tak więc  całą czwórką pojechaliśmy do Mac'a.

***
Impreza powoli się rozkręcała, siedzieliśmy na kanapie w rogu. Nie zanosiło się by ten wieczór był udany. Zaczęłam się martwić gdy James zniknął na chwile. Po chwili przyszedł, ale nie sam. Luke stał tam z jakąś dziewczyną. Myślałam że wybuchnę. Co on sobie myślał?
- hej - przywitał się - to Kylie
- cześć - przywitała się ze mną brunetka.
- cześć - powiedziałam przez zaciśnięte zęby. Była o krok od wybuchu płaczem i to nie kontrolowanym. Zaczęłam sączyć drinka przysłuchując się bardzo ciekawym historią kiedy to i jak Luke poznał swoją nową wybrankę. Postanowiłam przejść się po bar. Niestety on musiał podążyć za mną.
- wydaje mi się że wyszło Ci na rękę to że z tobą zerwałam - wypaliłam.
- wiesz że tak - powiedział uśmiechając się. Z każdą chwilą rozmyślałam czy nie zrobiłam wielkiego błędu.
- tak wiec to trochę dziwne że
- znalazłem sobie dziewczynę?
- znaczy - zaczęłam się jąkać - tak
- wiesz że robię to tylko po to aby Cie zmanipulować?
- doprawdy? no cóż raczej Ci się to nie uda.
- nie bądź taka pewna - powiedział po czym przyciągnął mnie do siebie składając pocałunek na ustach.- i może mi jeszcze powiesz że nie będziesz za tym tęskniła?
- jesteś podły
- ups, tak jakoś wyszło - powiedział - wracam do Kylie, widziałaś jaki ma tyłek? - spytał śmiejąc się. Stałam tam oszołomiona około kwadransie po czym podszedł do mnie Ashton.
- hej Jo
- hej
- co tu tak sama stoisz?
- wiesz nie mam ochoty siedzieć z - pokazałam głową na kanapę - wiesz kim
- słyszałem, słyszałem ale nie wydaje Ci się że to dobrze że się rozstaliście?
- czemu miałabym tak sądzić? - spytałam
- żebyś może tak umówiła się z kimś innym i zobaczyła jak wygląda to w związku na poważnie?
- Ash co ty masz na myśli - spytałam. Od środka czułam niepokój połączony ze szczęściem.
- nie, na serio mnie rozgryzłaś - po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- wiesz nie miała bym nic przeciwko temu gdybyś zaprosił mnie na randkę
- czyli to znaczy że mówisz tak?
- ymm 'tak'.

'Pov's Susan'
Siedziałam w szpitalu wraz z Julie. Moje powieki same opadały. Byłam zmęczona a Julie siedziała jakby na szpilkach. Chciała bym się dowiedzieć o co chodzi jednak ona była zamknięta w sobie. Odpowiedziała tylko ' Tak' lub 'Nie'. Postanowiłam nie próbować już więcej. I nie musiałam, do sali weszła ta siostra Jo, 'Faith', z...JAKIE CIACHO. Znaczy z jakimś chłopakiem.
- Cześć - Przywitałam się kulturalnie.
- Witam. Mam na imię Logan, a ty ślicznotko? - Jaki romantyk...
- Suzy...Do wszystkich tak zarywasz? - Odpowiedziałam śmiało.
- Nie. - Odpowiedział w tym samym momencie co Faith.
- Tak. - Zaśmiałam się.
- Ej nie psuj mi pierwszego wrażenia. - Powiedział do Faith z żalem w głosie. 
- Dobra, nie ważne. - Powiedziała Faith. - Jak się czujesz Julie?
- Już lepiej, ale czuję, że sprawiłam wam wszystkim kłopot. Tak się o mnie martwicie. - Powiedziała ze smutkiem.
- Nie no, co ty? - Powiedziałam z Faith równocześnie.
- Nie no jednak mam wyrzuty sumienia. - Upierała się. - Może gdzieś razem pójdziecie? Widać, że się polubiliście, a ja zostanę z Fai. - Zwróciła się do mnie i Logana.
- Nie zostawi...
- Ależ to świetny pomysł. Prawda Suz? - Przerwał mi Logan. Zamurowało mnie, musiałam mu się podobać skoro tak mu zależało na wspólnym wypadzie.
- Wiedziałem, że się dogadamy. - Nie czekał na moją odpowiedź. - No to my już pójdziemy. Do zobaczenia.
- Papa. - Odpowiedziały śmiejąc się.
Wziął mnie za rękę i wyciągnął z sali. Zatrzymaliśmy się na korytarzu i wtedy objął moją głowę patrząc w oczy.
- Suzy, przecież widzę, że ci się podobam i ty też mi się podobasz...bardzo mi się podobasz... - Uśmiechnął się. Pocałowałam go. Nie mogłam się powstrzymać.
- Przepraszam. - Wydukałam.
- Nie przepraszaj. To mi się podobało. - Pocałował mnie.
  


czwartek, 24 lipca 2014

17.

'Pov's Jo'
Odruchowo podbiegłam do Luke'a. On stał chowając telefon.
- co słyszałaś - spytał
- Nic wzbudzającego podejrzenia. - Odpowiedziałam sarkazmem. - A za co masz zamiar płacić 'z góry', kotku?
- Jo. - Zaczął. - Wiem co sobie teraz myślisz, ale to nie dla mnie.
- To dla kogo? - Byłam gotowa wyssać z niego wszystko co wiedział.
- To...to...to dla Michaela... - Wydusił bezbronny.
- Jeżeli to dla Michaela, to dlaczego ty to załatwiasz? - Próbowałam go zrozumieć. - A nie on sam, co?
- Jose, jeżeli ty tak na każdym kroku będziesz mnie kontrolować, podejrzewać to nasz związek nie ma sensu. Musimy sobie ufać... - Odwrócił kota ogonem.
- A jaki dajesz powód do zaufania? Co? - Byłam bliska wybuchu gniewu. - Wiesz co? Masz rację, nasz związek NIE MA sensu...
- Jo, uspokój się. Musisz opanować emocje. Porozmawiamy jak się uspokoisz, dobrze? - Co on sobie kurwa wyobraża.
- Dobrze. - Zbyłam go, ale nie miałam zamiaru z nim rozmawiać już nigdy.
- No widzisz, już inaczej się rozmawia. - Rzekł i poszedł.
- Ja pierdole! Jaki dupek! - Zwróciłam się do Mii i też ruszyłam w swoim kierunku.
Tak szłam, szłam i szłam. I nagle uświadomiłam sobie, że jestem koło tej starej fabryki koło której Luke się umówił po odbiór. Byłam ciekawa jak to wygląda. Zarzuciłam kaptur na głowę i zrozumiałam, że wyglądam teraz jak typowe dresy. Stanęłam na rogu fabryki i czekałam. Oczywiście nie mogłam być pewna, że za chwilę się tu pojawią, ale jednak miałam jakieś przeczucie. Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Odwróciłam się i zobaczyłam dwóch funkcjonariuszy. Byłam zdziwiona. Podeszli do mnie.
- Co tutaj robisz dziewczyno? -  Zapytali zdenerwowani. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Co mogłam powiedzieć? dziewczyna w dresie przy fabryce rozglądająca się,
- Ja po prostu.. - nie dokończyłam ponieważ jeden z policjantów złapał moje ręce i zakuł kajdankami.
- Jesteś zatrzymana..
- Na podstawie?
- Oj ty już wiesz kochaniutka - powiedział i zaczęli prowadzić mnie do radiowozu. W duchu karciłam się że w ogóle tu przyszłam. A wydaje mi się iż cała ta grupka zmieniła miejsce spotkania.

***
Siedziałam na komisariacie czekając na rodziców. Po 'wytłumaczeniu' tego całego zdarzenia z fabryką i że nie wiedziałam nic o całej tej sprawie postanowili mi uwierzyć i dać spokój jednak będą mieli na mnie oko.
Gdy pojawili się rodzice chciałam przytulić ich przytulić i przeprosić jednak przyjechały z nimi moje dwie 'siostry' których nawet nie znałam. Zrobiłam minę jakby świat mi się zawalił i straciłam nagle jakąkolwiek ochotę na powrót do domu.
- Jo dziecko wiesz jak nas nastraszyłaś - powiedział tata ledwo oddychając - mama dostała prawie zawału, a te narkotyki, oboje dostaliśmy zawału - zaśmiałam się szczerze.
- wiecie że nigdy bym wam tego nie zrobiła - powiedziałam uspakajając ich. Oni tylko uśmiechnęli się. - A co do moim siostruni to ja nie mogę być na was zła - powiedziałam - chce je poznać w końcu jesteśmy tak jakby rodziną.
- będziesz miała czas żeby je poznawać..
- tak? - spytałam speszona
- będą od dziś z nami mieszkać - mogę sobie wyobrazić jak ja w tej chwili wyglądałam.
- co? ale gdzie? - spytałam
- no własnie, przeprowadzamy się do większego mieszkania
- na prawdę? to z jednej strony świetnie a z drugiej dziwne - powiedziałam.
- dobrze zbierajmy się stąd a i musimy zawieść dokumenty do szpitala - powiedziała mama.
- własnie Julie, wybudziła się?
- tak, ale musimy zawieść te dokumenty, wszyscy tam są.
- nie powiedzieliście im że jestem tutaj nie?
- powiedzieliśmy czemu mielibyśmy nie powiedzieć?
- może jednak wrócę do domu sama pieszo? - spytałam.
- niema mowy - powiedział tata. Wyszliśmy z budynku i samochodem mamy pojechaliśmy do szpitala. Siedziałam obok obcych dziewczyn które były bardzo smutne. Zaczęłam czuć się nieswojo, a jeśli to prze zemnie?
- ej powinnyśmy się poznać - wypaliłam jak głupia. One tylko popatrzyły na mnie, po czym blondynka przywitała się ze mną.
- jestem Faith - podała mi ręką w świetle latarni wyglądała tak idealnie. Przez to zawstydziła mnie. Miała idealne włosy, krótkie ale idealne. Zwiewną szarą sukienkę i czarne koturny. A jej nogi. Czemu ja tak nie wyglądam?
- ja jestem Clarie - powiedziała brunetka. Była identycznie piękna jak jej siostra. Miała długie włosy do pasa, kilka tatuaży na ręce i wyglądała jak typowy punk. Miała podobną twarz do mojej jednak miała większe oczy i w kolorze brązowym. Po dojechaniu wyszłam z samochodu jak na skazanie. Już wodze twarz Luke'a. A co on sobie pomyśli że chciałam mu zaimponować? nie. Po wejściu do sali ujrzałam Julie. Miała kilka siniaków na twarzy i rękę w gipsie. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Po wejściu wszyscy zwrócili wzrok nie na mnie a na moje idealnie piękne siostry. Zrobiło mi się smutno a zarazem niedobrze. Wiedziałam że teraz wszystko się zmieni, o 180 stopni. Większość przywitała się z nimi jednak jedna osoba która zwróciła moją uwagę siedziała i patrzyła na mnie z cwaniackim uśmiechem - Luke. Przez chwile biliśmy wojnę na wzrok a potem wstał i przywitał z dziewczynami. Jedną poznał dość dogłębnie. Byłam zazdrosna nie powiem. Nikt nie pytał o mnie i policje wszyscy byli zafascynowani moim siostrami. Postanowiłam opuścić ten dom wariatów. Wychodząc rozmyślałam co oni widzą w tych dziewczynach. A Luke? on wcale ale to wcale mnie nie obchodzi. Zamknęłam oczy.
- ej - zawołał ktoś. Gdy otworzyłam je ujrzałam wysokiego bruneta który stał przede mną. - uważaj księżniczko jak chodzisz - uśmiechnął się przyjaźnie.
- przepraszam, rozmyślałam..
- o chłopaku?
- kurcze to tak widać?
- eh większość dziewczyn o tym myśli - uśmiechnęłam się w odpowiedzi - wiesz gdzie może jest pokój Julie - popatrzył na telefon - Dolley?
- to tu.. ja ją znam jesteś z jej rodziny?
- nie, szukam Josephine Ciling -  powiedział z widocznym amerykańskim akcentem.
- to jam a ty jesteś? - spytałam niepewnie.
- jestem Logan, brat Faith i Clarie
- nie mów że ty też jesteś moim bratem!? - zapytałam żałośnie
- nie akurat nie - uśmiechnął się -  choć trochę przykro bo kto by nie chciał mieć takiej ślicznej siostry - oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Rozmawialiśmy tak o jego mamie, która zmarła i dlatego od dziś będą mieszkać razem z nimi oraz o jego wielkiej pasji jaką jest pływanie. Wszystko było by dobrze gdyby nie pojawił się Luke. Objął mnie znacząco.
- z kim rozmawiasz? - spytał, przytulając mnie.
- to Logan i mnie puść - oparłam
- to twój chłopak -spytał Logan.
- nie wiem - opowiedziałam.
- co 'nie wiem'? - spytał Luke - nagle jesteś ze mną a potem nie ja go nie znam, jesteś dziwna i niezdecydowana księżniczko  - powiedział odchodząc w inną stronę.
- zapewnię o nim rozmyślałaś - powiedział mój towarzysz
- wiesz co nie wiem czemu ta całą 'miłość' jest tak cholernie trudna
- też jej nie rozumiem - szepnął mi do ucha i poszedł przed siebie do Faith i Clarie.
Ja postanowiłam znaleźć Luke'a i z nim pogadać. Szukałam go po całym szpitalu. Znalazłam go przed budynkiem palącego papierosa.
- kogo my tu widzimy - powiedział gasząc resztkę papierosa.
- o co ci chodzi?
- o nic, a gdzie twój chłoptaś?
- przestań Luke, wiesz że jestem z tobą
- ostatnio nie jestem pewny - powiedział - jak było w pace?
- widziałeś mnie?!
- tak widziałem Cie, ale naprawdę myślisz że bylibyśmy tak głupi by spotkać się tam gdzie jest najwięcej policji? - zaśmiał się podle.
- myślisz że mnie kurwa cokolwiek obchodzi gdzie i z kim się spotykasz?
- no tak, gdybyś coś do mnie czuła to by Cie obchodziło - powiedział po czym zrobiłam wielkie oczy i mnie zamurowało. Tak zrobiłam to dla niego ale nie chciałam by myślał że ma mnie na wyłączność.
- czy ja kiedykolwiek powiedziałam że Cie nie kocham albo nic do Ciebie nie czuje?! gdybym Cie nie kochała to najprawdopodobniej siedział byś w pace za te twoje 'ciemne' sprawki,  masz mnie i to co czuje  głęboko w dupie! nawet gdybym skoczyła dla ciebie w ogień i tak nie zaimponowała bym Ci tak byś uznał mnie za swoją dziewczynę! - wykrzyczałam to co tak naprawdę było we mnie od dawna. Popatrzył na mnie zdziwiony. Zaczynałam czerwienić się jak cegła.
- czyżby? - powiedział po czym uśmiechnął się pokazując dwa dołeczki w jego policzkach.
- co Cie tak rozbawiło?
- twoje zachowanie, trochej jak małe dziecko które straciło ulubioną lalkę
- ja czegoś tutaj nie rozumiem..
- czego?
- ja przed chwilą wyznałam Ci miłość a Ciebie to nie ruszyło?! naprawdę my razem to chora relacja to nie ma sensu rozumiesz, nie ma sensu. Najlepiej będzie jak ty wrócisz do życia z przed poznania mnie.
- co - zaśmiał się - zrywasz ze mną?
- emm tak
- to bez sensu - powiedział. Zaczęłam wracać do szpitala. - nadal uważam że jesteś dzieckiem które nie dorosło do bycia z kimś w związku - wykrzyczał gdy wchodziłam do budynku. Zrobiło mi się cholernie smutno. nagle na kogoś wpadłam.
- hej Jose coś się stało? - spytała Clarie.
- wiesz co ja nie wiem co jaw nim takiego widziałam - powiedziałam przez łzy. Ona tylko przytuliła mnie.
- nie był wart - powiedziała wycierając mi łzy - jeszcze mu pokarzemy - powiedziała a w moim sercu zapaliła się iskierka.

środa, 16 lipca 2014

16.

'Pov's Jo'
Obudziłam się w wielkim, małżeńskim łóżku, opleciona ramionami Luke'a. Przetarłam oczy. Wyszłam z objęć chłopaka i zaczęłam zbierać moje ubrania i szukać łazienki. Przeszłam dużym korytarzem poszukiwaniu pokoju. Ubrałam się w rzeczy z wczorajszego wieczoru. Odświeżyłam się oraz zaczęłam szukać kuchni. Gdy zeszłam na dół, ku mojemu zdziwieniu nie byliśmy sami. Po wejściu do kuchni natknęłam się na, najprawdopodobniej mamę Luke'a.
- dzień dobry - powiedziałam nie pewnie. Bo co by tu powiedzieć.
- cześć, jak się spało?- spytała. Byłam troszeczkę stremowana do tego wygadałam jak mała szara myszka.
- dobrze - dopowiedziała uśmiechając się niepewnie
- siadaj, co chcesz na śniadanie? - spytała.
'Pov's Julie'
Po wczorajszym wieczorze jak zawsze nocowałam u Jamesa. Bycie jego dziewczyną nie jest aż takie łatwe jak by się wydawało. Jego życie polega na imprezach a moje bardziej przyziemnych sprawach jak szkoła czy praca. Bawiłam się razem z jego kotem gdy w pokoju pojawiła się pani McVey. Ubrana jak zawsze w same markowe ciuchy przywitała mnie pustym uśmiechem.
- witaj Julie
- dzień dobry
- wiesz mam do Ciebie małą prośbę
- słucham
- wiesz ja z moim mężem musimy wyjść a James jeszcze śpi czy mogła byś mu przekazać że jesteśmy już w drodze do Ameryki, wczoraj nie miałam serca by go budzić
- tak, przekaże mu
- oh dziękuje Ci
- nie ma za co - oprowadziłam ją wzrokiem do drzwi. Gdy tylko usłyszałam odjeżdżający samochód napisałam kartkę James'owi i postanowiłam przejść się do Jo. Za oknem choć był dopiero sierpień było zimno. W nocy padało więc woda jeszcze nie zdążyła wsiąknąć. Po dotarciu zapukałam.
- dzień dobry jest Jo
- nie własnie nie - odpowiedziała mam Josie - myślałam żę jest u Ciebie
- co? aa no tak znaczy przypomniało mi się że nocuje u Mi
- naprawdę, wybierasz się może do niej?
- tak, idę w tamtą stronę
- mogłabyś przekazać jej by wróciłam jak najszybciej do domu, musimy pogadać
- tak, do widzenia
- do widzenia
Nie miałam pojęcia gdzie jest Josie. Pomyślałam że może być u Mi, jednak wolałam się upewnić.
- hej Jo
- tu akurat nie Jo - spojrzałam jeszcze raz na wyświetlacz, numer pod który dzwoniłam wyświetlał Jo nie Luke'a.
- mógłbyś mi ją podać?
- tak
- dzięki
- hej Julie
- naprawdę?
- o co chodzi?
- jesteś z Lukiem, myślałam że zajmie to wam dłużej żeby się przeprosić
- no to się myliłaś, coś się stało?
- tak, twoja mam Cie szuka, chce z tobą pogadać
- będę w Clifton jak najszybciej
- Jo - nie dała mi dokończyć, rozłączyła się. Zaczęłam biec. Deszcz zaczął padać tak gęsto iż nie widziałam co robię. Ostatnie co widziałam to światłą a potem uderzenie po którym straciłam przytomność.
'Pov's Jo'
***
Byłam w Clifton około czternastej. Nie wiedziałam co mogło się stać w domu. Wpadłam do domu jak burza. W salonie siedziała mam z tatą i dwoma nieznajomymi dziewczynami.

- Jo siądź - powiedział tata
- co to za ludzie
- właśnie o tym chcemy z tobą porozmawiać - odparła mama
- to są, one są twoimi siostrami
- co przecież, ja nie mam sióstr - oparłam - mam tylko Deana
- to są twoje siostry ze strony taty - oparła smutna mam
- co?! zdradzałeś mamę? - cisza -  ty jesteś straszny, brzydzę się tobą
- Josephine nie odzywaj się tak do swojego ojca - krzyknęła mama
- nie widzieliśmy się cztery lata chciałem żyć na nowo - odparł jakby był aniołem który nic nie zrobił
- i co zdradziłeś mamę, ona przez Ciebie miała depresje rozumiesz, on było tobie wierna - powiedziałam przez łzy które spływały po moim policzkach
- Jo! - skrzyknęła mama. Dwie dziewczyny siedziały jak słupy.
- a one, one nie są moimi siostrami rozumiesz, nie są - powiedziałam wybiegając z domu. Deszcz padał tak jakby nie miał końca. Byłam przemoknięta. Chciałam zostać sama. Postanowiłam pójść do Mi. Droga którą przeszłam była pełna błota a moje vansy wyglądały jakbym nie prała ich kilka lat. Zadzwoniłam dzwonkiem.
- o cześć.. Jo, jakaś ty mokra - odrapała pani Rene
- dzień dobry, jest morzę Mia?
- ty.. nie wiesz?
- o czym?
- Julie miała wypadek, jest w ciężkim stanie - to co usłyszałam odebrała mi mowę. Nie mogłam myśleć pozytywnie. Nogi ugięły się pod mną. Pamiętam tylko iż leżałam, przez chwile na podeście.
'Pov's Mia'
Siedziałam w sali w której leżała Jo. Dzisiejszy dzień był jakiś przeklęty. Najpierw Julie potem Jo i jeszcze całe zamieszanie z moją przeprowadzką. Siedziałam tak w spokoju aż do sali nie wbiegli James z Lukiem.
- gdzie Julie - spytał przerażony James
- ma teraz operacje
- a Jo wszystko z nią ok? - spytał tym razem Luke.
- tak, tylko zemdlałą gdy dowiedziała się żę Julie, sami wiecie.
Nastała cisza. Taka irytujący cisza. Nikt jej teraz nie potrzebował choć nikt nie miał siły czegokolwiek powiedzieć. Siedzieliśmy tak dłuższą chwile gdyby nie to iż obudziła się Jo. Wyglądała marnie. Byłą blada a mokre włosy przykleiły się do jej policzków.
- co z Juliet - pierwsze słabe pytanie jakie padło w tej sali.
- nie wiem, aktualnie jest na sali operacyjnej - mimowolnie z moich oczu zaczęły lecieć zły. Których nie mogłam pohamować. Są rzeczy których choć bardzo się chce nie można pominąć. Josie przytuliła mnie tylko i szepnęła - 'będzie dobrze'. Ona sama w to nie wierzyła.
***
- James trzymasz się- spytała Jo, czesząc swoje niesforne loki szczotką. 
- jak mam się trzymać jak nie wiem czy żyje i czy z tego wyjdzie
- nie martw się, musimy do cholery przestać myśleć negatywnie ale pozytywnie
- Jo, to nic nie da powiedział Luke
- i ty Brutusie przeciwko mnie?
- po prostu ...
- ale wiecie co, każdy ma jakieś problemy i musimy przez nie brnąć..
- a ty Jo jakie masz problemy - spytał James
- dowiedziałam się dzisiaj - krótka przerwa - mam dwie siostry! - krzyknęła
- co? - wszyscy popatrzyli na siebie
- mówisz serio - spytał Luke, dla pewności czy nas nie wkręca.
- nie, mowie prawdę, wiecie nie wiem jak można przez dwadzieścia lat małżeństwa zdradzić kogoś i nie mieć przez to wyrzutów - powiedziała łapiąc się za głowę
- czy co teraz jest czworo Cilingów? 
- taa, jak nie więcej, nie wiadomo co ojciec wyprawiał tej swojej Szwajcarii
- a chociaż ładne - spytał Luke, na co dostał odpowiedz z uderzeniem w tył głowy od Jo.
- no co nie można spytać
- przypominam że mogę spalić cie na stosie
- dobra, księżniczko Josephine
- kurwa Luke, ile mam Cie prosić przestań mnie tka nazywać!
- nie drzyj się okej
- teraz to nie drzyj a tak to.. - nie dał jej dokończyć ponieważ pocałował ja namiętnie w usta. Chciała bym żeby był tu Calum. Ale musi pracować na opłacenie czynszu. Mieszkają z Lukiem w jednym mieszkaniu a ja sama nie wiem co robi Luke żeby opłacić jego połowę.
- Luke, sorry że pytam, ty pracujesz, studiujesz czy co ty do cholery w ogóle robisz?
- pracuje w wypożyczalni filmowej na rogu Homestead Park
- oczywiście reklama - odparła Jo.
- coś Ci nie pasuje bo możesz zejść z tego miłego przytulnego fotela - zagroził Jo Luke.
- ugh - powiedziała uderzając go w krocze. Nagle do sali wszedł lekarz prowadzący.
- co z nią - spytał James
- żyje, ma tylko złamaną rękę i dwa dwa żebra to nie jest bardzo poważne - powiedział lekarz, jak widnieje na tabliczce - Thriwall.
- jezu, co za szczęście - powiedziała Jo.
- któreś z was jest morze jakąś rodziną? - spytał dr. Thriwall
- tak jakby James, jest jej chłopakiem - powiedziałam
- masz numer do jej rodziców?
- tak
- chodź podasz mi na nich namiary - powiedział i wyszedł z James'em do pokoju lekarskiego.
- myślicie że ciocia Felicity przyjedzie tutaj? - spytała Mia.
- nie wiem, ostatnio jak opowiadała Julie, jest tak zapracowana żę nie zauważyła jak Julie wyjechała do Londynu do ojca - powiedziała poprawiając się na fotelu.
- nie wiem, chcecie coś do picia, pójdę bo nie mogę usiedzieć - powiedziała Jo.
- wiesz co pójdę z tobą -powiedziałam wyciągając portfel.
***
'Pov's Jo'
Gdy wracałyśmy usłyszałam rozmowę.
- tak będę czekał na roku starej fabryki - tak, ta sama działka co wcześniej - zapałce z góry. Obie z Mi popatrzyłyśmy po sobie po czym jak telepatycznie połączone wyszeptałyśmy 'narkotyki'

wtorek, 15 lipca 2014

15.

'pov's Jo'

Po odłożeniu telefonu szybko pojechałam do domu. Rozpakowałam zakupy. I zaczęłam robić obiad. Wybrałam spaghetti z kurczakiem i bazylią. Moje ulubione włoskie danie. Do tego jabłecznik. Jabłecznik jest wręcz łatwościom dla mnie. Skończyłam około siedemnastej. Miałam jeszcze czas wykąpać się i przygotować jakiś stój na dzisiejszą imprezę. Wybrałam małą czarną oraz vansy. Wiedząc iż na pewno będę tańczyć wolałam wziąć buty na płaskim. O osiemnastej wrócili domownicy. Zjedliśmy szybką kolacje. Tata chciał ze mną porozmawiać jednak nie chciałam się spóźnić. Wzięłam sweter, pożegnałam się z rodziną i wyruszyłam do domu James'a. Zimne powietrze pobudziło mnie do szybszego przebierania nogami, nie chciałam zamarznąć. Po dotarciu na miejsce zapukałam drzwi. Otworzyła mi Julie.
- hej - przytuliła mnie na przywitanie - jak tam - spytała
- bywałą lepiej - powiedziałam biorąc szklankę ze stolika
- jeśli chodzi o Luke'a - zaczęła jednak nie dałam jej skończyć.
- nie nie zaczynajmy tego tematu - powiedziałam. Nagle do pokoju wszedł James ubrany w sprane dżinsy koszule w kratę i conversy.
- hej Jo - powiedział całując mnie w policzek
- cześć - powiedziałam oddając uścisk.
- zbierajmy się o dwudziestej zaczyna się koncert - powiedział.
- jaki koncert? - spytałam gdy wsiadaliśmy do range rovera Jamesa
- takiej kapeli - powiedział. Ale mi pomógł. Podróż zleciała nam bardzo szybko. Sprawdzałam wyświetlacz z trzysta razy. Co chwile nie odebrane połączenie od wiadomo kogo. Przed klubem było tłoczno, jednak James wprowadził nas bez kolejki. Cały klub rozświetlały kolorowe światełka. W tle leciała jakaś znana mi piosenka, jednak nie mogłam przypomnieć sobie jak się nazywała. Jul zamówiła nam drinki a ja siadłam na skórzanej kanapie. Co chwile ktoś się na mnie patrzył i zagadywał czy jestem tu sama. To było śmieszne. Nagle na scenie pojawiło się czterech chłopaków większość wstała i z kierowała się pod scenę. Nagle zaczęli grać jakąś piosenkę, znałam ją, słyszałam ją na imprezie Jamesa. Podeszłam bliżej. Gdy zorientowałam się kto jest głównym głosem zatkało mnie. Luke, stał tam, śpiewał, grał. I wyglądał przy tym tak cholernie seksownie. Był też tam Calum oraz dwóch chłopaków których nie znam. Byłam wściekła jednak zaczęłam się śmiać. Wiedziałam że nie mógł to być przypadek. Zauważyłam też iż przy scenie stoi Mia. Podbiegłam do niej.
- hej - powiedziała lekko zdziwiona
- y, cześć - powiedziałam - wiedziałaś że ona razem grają? - spytałam
- nie, tak samo jak ty, dowiedziałam się dzisiaj - powiedziała ruszając się w rytm piosenki.
- Jezu - odparłam
- nie możesz Luke'owi wybaczyć tego wszystkiego - powiedziała
- że mnie zdradził - powiedziałam unosząc dwa palce do góry
- ale przecież nawet nic się nie wydarzyło
- co prawda to prawda, no ale sama nie wiem czy to co do niego czuje to jest miłość - powiedziałam
- chodziłaś z nim ale nawet nie wiesz czy go kochasz?
- matko nie zrozumiesz
- ta, Jo musisz się zdecydować wiesz on coś do ciebie chyba na serio czuje
- nie naciskaj
- ale..
- nic nie mów - powiedziałam i obie wybuchłyśmy śmiechem. Chłopcy zaczęli grać kolejną piosenkę, tym razem 'Lost Boy'.
- tą piosenkę dedykuje pewnej pięknej dziewczynie, która jest teraz pewnie na mnie wściekła, kocham Cie - powiedział znajomy mi głos. Chwile zastanawiałam się o kim to może być. Jestem głupia. To pewne że to o mnie. Piosenka wpada w ucho. Przez cały czas uśmiechałam się.  Postanowiłam po występnie pogadać z Lukiem. Nagle podeszła do mnie Julie z Jamesem.
- wybaczysz mu teraz -spytał.
- nie wiem, wiedziałam że to jest ukartowane - powiedziałam śmiejąc się razem z nimi.
- no dobra tak to było ukartowane, a przyszła byś gdybyśmy powiedzieli prawdę - spytała Julie
- no nie - odpowiedziałam jej - ale i tak się zemszczę - zagroziłam im.
- uu już się boje - odparł James. Szczerzę nie mogła wybrać sobie lepszych przyjaciół. Przeszliśmy do naszego stolika. Wszyscy zaczęli rozmawiać o urodzinach James'a. Ja tylko wyglądałam za Lukiem. Gdy tylko zaczął zbliżać się ze swoimi kolegami przestałam myśleć pozytywnie. Jestem tchórzem. Czemu muszę być tak cholernie nie śmiała?!
- hej - przywitał się z nami, wszyscy opowiedzieli mu zgodnie. - poznajcie to jest Ashton - pokazał na blondyna z bandaną na głowie - a to jest Michael - chłopak z zielonymi włosami. Chciało mi się śmiać ale powstrzymałam się. Nie tego uczyli mnie rodzice uśmiechnęłam się tylko przyjaźnie. Ashton siadł obok mnie.
- hej jestem -Jo - powiedziałam podając mu rękę
- ja jak już wiesz Ashton - opowiedział
- nie widziałam Cie tu wcześniej
- naprawdę? nie wiem czy pamiętasz
- spotkaliśmy się wcześniej? - dziwiłam się.
- tak wtedy u Jamesa w kuchni, to byłem ja
- naprawdę, Jezu nie poznałam Cię - oboje wybuchliśmy śmiechem. Resztę imprezy przegadałam z nim . Potem gdy chłopacy musieli się zbierać i zostali James z Julie, Mia i Calum oraz ja i Luke. Chciałam z nim pogadać jednak zbywał mnie przez cały wieczór. Dopiero gdy Dj puścił ballade wszyscy poszli na parkiet miałam czas by z nim porozmawiać.
- to moglibyśmy być my - nagle powiedział.
- 'moglibyśmy' ale ktoś tutaj nie był dość mądry - powiedziałam uśmiechając się pod nosem.
- czyżby?
- no co? może to moja wina że zarywałeś do mojej przyjaciółki?
- nie musiałaś od razu robić dramy..
- nie nie musiałam, wcale i co miałam po prostu podejść i 'hej Juliet o hej Luke miłego lizania się' ?
- nie, porostu bierzesz wszystko tak cholernie na poważnie że to jest irytujące
- nie
- tak
- nie
- Eh Luke, jesteś taki dziecinny że o matko, ile ty masz lat? O dziewczynę powinno się walczyć a nie oblizywać z innymi
- nie walczyłem o ciebie księżniczko?
- nie, i nie nazywaj mnie księżniczko debilu
- nie nazywaj mnie debilem okey
- okey, okey
Nastała cisza.
- jak ci się flirtowało z Ashtonem
- co? - zaśmiałam się a on tylko wywrócił oczami - a ty tak na poważnie?
- tak
- nie bądź zazdrosny po prostu rozmawialiśmy
- czemu miałbym być zazdrosny nie jesteśmy razem
- jesteśmy w fazie przejściowej
- od kiedy niby jesteśmy w tej fazie?
- od teraz
- aha nie wiem na czym polega ta faza ale ja z stąd idę, podobno na imprezie u Ed'a sa fajne laski
- co?
- no i kto tu jest zazdrosny
- zabierz mnie ze sobą
- co? chcesz ze mną iść na domówkę?
- tak a czemu nie
- to chodź - złapał mnie za rękę. Szliśmy przez cały klub przeciskając się przez grupę upitych nastolatków. Po wyjściu uderzyło w nas zimne powietrze. Po kilku minutach byłam zmarznięta do szpiku kości. Jednak szybko doszliśmy do samochodu Luke'a. Był to mały, jedno osobowy samochód w kolorze białym. Widać Luke dbał o niego. Zamiast jechać do Ed'a jechaliśmy w jakąś zapomnianą ulice. Zaczęłam się bać.
- gdzie ty nas wieziesz, już dawno wyjechaliśmy z prowincji Yorkshire - brak odpowiedzi - Luke!
- jedziemy gdzieś gdzie zawsze chciałem Cie zabrać jak byłaś moją dziewczyną księżniczko
- mówiłam nie mów do mnie tak
- będę mówił co będę chciał
- ugh
- i kto tu jest dzieckiem, a tak szczerze mówiąc jestem od ciebie starszy więc powinnaś mnie słuchać
- starszy rocznikowo bo mózgiem jesteś jeszcze w zerówce
- zołza
- palant
- księżniczka
- pedał
- ej pedałem nie jestem...
- choć wyglądasz
- dobra mam się tu wysadzić
- że tu w lesie?
- tak tutaj w lesie
- nie dzięki
- no widzisz strach na ciebie dobrze działa
- dobra to gdzie mnie wieziesz
- sama zobacz
Moim oczom ukazało się morze, piękne oświetlone księżycem. To wyglądało tak pięknie. Chciała bym tutaj mieszkać.
- jak znalazłeś tak piękny punkt widokowy?
- mój tata przywiózł nas tutaj gdy byliśmy w Anglii na wakacjach
- tu jest pięknie
- też tak sądzę, jest ci zimno chcesz kurtkę?
- tak, dzięki
- wiesz wydaje mi się żę to dobre miejsce by Cie przeprosić
- emm, za?
- nie pamiętasz?
- ja już dawno Ci wybaczyłam i dzięki za to na koncercie chyba że masz inną dziewczynę i teraz tylko się wygłupiłam
- nie, bez ciebie naprawdę jestem zagubionym chłopakiem
- oo było warto przyjechać tutaj by to usłyszeć z ust takie badboya jak ty
- uważasz że jestem badboyem?
- większość osób tak myśli
- jestem taki wrażliwy - zaśmiał się
- tak i taki w chuj romantyczny
- ty przeklinasz? ja kto Josephine Kylie Ciling nigdy nie przeklina!
- nie wyśmiewaj się ze mnie
- to jesteśmy znowu razem?
- emm muszę to przemyśleć
- co?
- nie no żartowałam, ale jeśli znowu zaczniesz zarywać do jakiejś innej laski to cie spale na stosie
- mam się bać?
- tak
- okey
- wracajmy muszę być w domu
- możemy przenocować w posiadłości moim rodziców
- i może jeszcze będziemy się przytulać całą noc
- jak będziesz chciała to tak
- okey, chce
- to jedzmy.
Wsiedliśmy do jego samochodu i skierowaliśmy na drogę do York. Niedługo później usnełąm

14.

'Pov's Jo'

Siedziałam na oknie patrząc na padający deszcz. Nie spałam. Nie mogłam. Czyli tak wygląda koniec? Biłam się z myślami dobre kilka godzin. Około trzeciej nad ranem położyłam się. Jak można być tak głupim, ja mu jeszcze pokaże. Z tą myślą zasnęłam. Obudziłam się o jedenastej. Za oknem szalała burza. Byłam sama w domu więc postanowiłam zacząć sprzątać by zabić czas. Nie wychodziło mi to z byt ponieważ byłam roztrzepana, co chwile coś tłukłam lub przewracałam. Nigdy nie byłam w tak złym stanie. Chciałam zabrać się za obiad niestety lodówka była pusta. Zauważyłam w tedy kartkę z lista zakupów a obok pieniądze. Ubrałam się w sweter, wzięłam telefon i słuchawki, rower i nie zważając na deszcz i błyskawice pojechałam do supermarketu. Włączyłam pierwszą lepszą piosenkę i zaczęłam podśpiewywać 'Something Great'. Po dojechaniu odstawiłam mojego górala, wzięłam wózek i przeszłam na dział z pieczywem. W rogu marketu stała małą grupka nastolatków. Zwrócili moją uwagę, jeden z nich wyglądał bardzo znajomo. Podjechałam wózkiem bliżej. Teraz byłam pewna. To był on. Zdradliwy, podły człowiek. Patrzyłam się na niego łapczywie. Nawet nie zwróciłam uwagi że wjechałam w półkę. Zaczął iść w moją stronę. Zebrałam puszki z kukurydzą i zaczęłam biec do kasy.
- zaczekaj - powiedział łapiąc mnie za ramie.
- proszę cię daj mi spokój - powiedziałam wyrywając się - zapomnijmy że kiedykolwiek się poznaliśmy dla naszego dobra - odparłam poprawiając sweter.
- czemu? - spytał - do cholery, czemu?! - wyglądał żałośnie
- nie pamiętasz co wydarzyło się wczoraj - spytałam
- czy to miało jakieś znaczenie dla Ciebie? - spytał
- Nie no, oczywiście, dla ciebie to nie miało żadnego znaczenia. No bo po co się przejmować uczuciami "swojej" dziewczyny. Pewnie, że miało. No ale nie przejmuj się, już masz mnie z głowy. Teraz jestem dla ciebie byłą dziewczyną. Podsumowując, nikim. Nie znaliśmy się. Zrozum, że nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. NIC! Więc zejdź mi z drogi, bo inaczej zawołam ochronę. A uwierz, że tego nie chcesz.- Przepchnęłam się przez grupkę jego znajomych i kontynuowałam zakupy.
- Świetnie!!! Po prostu mega. Czyli tak to się kończy?! - Krzyknął za mną.
- Trzeba było pomyśleć zanim się upiłeś i... i...- Odpowiedziałam nie odwracając się.- aghrrr...- Ruszyłam dalej.
Jaki gnojek. Jeszcze ma czelność się do mnie odzywać. Mógłby mieć w sobie choć odrobinę skrupułów. Jak mogłam być tak głupia, no jak? Jednak Josephine wcale nie jest taka wspaniała, po prostu jest głupia. Mocno rąbnięta. Gdyby była taka wspaniała, byłaby i mądra. I nie dopuściłaby do tego, co się wydarzyło. Od dzisiaj jestem Jose, Jose nie do zmienienia. Brzmi cudownie, ale czy aby na pewno jest to możliwe? Jest, na pewno jest. Zakupy zakończone. Wyszłam ze sklepu i zauważyłam, że ten gnojek na mnie czeka. Czy on się kiedyś odczepi...? Założyłam plecak z zakupami i poszłam w stronę górala. Chyba mnie nie zauważył. Odpięłam zamek i już wsiadałam na rower, kiedy ten... ten... męczydusza zasłonił mi drogę.
- Daj sobie wyjaśnić. - Tłumaczył się. - Wczoraj to nie byłem ja...
- To kto do cholery?! Święty Walenty? Czy może książę William?! No słucham?! - Nie wytrzymałam. - Masz trzydzieści sekund. Raz...dwa...
- To był kompletny idiota... - O boże człowieku nie kompromituj się. - On nie wiedział co robi.
- Pięć. Jak miał ten idiota na imię? Bo nawet idiota musi mieć imię. Siedem.
- To był... to byłem ja... Miał na imię Luke. Tylko, że ja nie byłem obecny duszą... - Tak i co jeszcze?
- Dwadzieścia. Twój czas się skończył. A teraz spadaj. - Byłam już zmęczona patrzeniem na niego.
- Ale...ale miało być trzydzieści...To nie fair!!! - Negocjował.
- I minęło kolejne dziesięć! I co nie fair?! A to wczoraj było fair w stosunku do mnie? - Nie odpowiedział - No właśnie. I nie próbuj się ze mną kontaktować.
Pocałował mnie, ale moja reakcja była szybka. Natychmiast go spoliczkowałam i czym prędzej odjechałam.
***
Palant!!! Co on sobie wyobrażał?! Że rzucę mu się w ramiona do pocałunku?! No nie, to już było naprawdę karygodne. Niech wraca do tej swojej Australii i więcej nie wraca! Mam już go po dziurki w nosie. Ile można? Jeszcze jeden taki numer z jego strony i zgłoszę to na policję. To jest... Zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu była Juliet.
- Hej Juliet. - Starałam się mówić normalnie. 
- Cześć Josie. Może wpadniesz dziś do Jamesa i pójdziemy w trójkę na imprezkę? Co? - Genialnie...
- Wspaniały pomysł! To o której mam po was wpaść? - Powiedziałam entuzjastycznie.
- Bądź o dziewiętnastej. 
- Okey. Będę. Pa. - Odpowiedziałam.
- Pa. - Juliet, genialny człowiek.   

poniedziałek, 14 lipca 2014

13.

*pov's Jul*

Jak co wieczór, była impreza u Jamesa. Przyszedł Luke, ale bez Josie. Byłam zdziwiona, odkąd zostali parą byli nie rozłączni. Czemu Josie tu nie ma? Skończyłam o nich rozmyślać i sączyłam drinka w kącie. Rozglądałam się do o koła i zaniepokoiło mnie jedno, Luke wchłaniał zadziwiające ilości alkoholu. Josephine nie będzie zadowolona. Luke chyba zauważył, ze się mu przyglądam i podszedł do mnie.
- Co śliczności? Patrzysz tak na mnie, jakbym był play-boy'em. - Wyszczerzył się do mnie tak, że miałam ochotę go zpoliczkować.
- Ależ nic "play-boy'u". Nie jestem pewna czy Josie się to spodoba... - Wyparowałam.
- Ale jej tu nie ma... - Przybliżył się do mnie, objął i próbował pocałować. Próbowałam go odepchnąć, ale był dla mnie za silny.
- Ale jestem ja - James wkroczył do akcji. - I nie podoba mi się, że przylepiasz się do mojej dziewczyny.
- Spokojnie. Przecież ja tylko ją przytulam. - Uśmiechnął się, ale nadal mnie obejmował.
- Luke!!! - Nagle do pokoju weszła Josephine. - Co ty...?!
- Wszystko Ci wytłumaczę. - Luke jakby otrzeźwiał. - To nie tak jak myślisz.

*pov's Jo*      

- A niby jak?! - Zapytałam. - Z resztą, nie chcę tego słuchać!!!
Co on sobie wyobraża?! Że będzie się mną bawił? No chyba nie!!! Nie dam mu sobą pomiatać! On od razu był taki "Hop siup i do przodu". Jak mogłam myśleć, że nam się uda?! Nie mogłam dłużej patrzyć na jego piękną twarzyczkę. Nie wytrzymałam. Musiałam mu przywalić.
- Josie!!! Dzięki, że mnie wyręczyłaś.-Zaśmiał się James. - Naprawdę niezły lewy sierpowy.
Nie wiedziałam co się dzieje. Juliet przytulała się do Jamesa, a Luke trzymał się za nos, który krwawił. I tym razem na pewno to nie był ketchup. Miałam mętlik w głowie, wybiegłam. Nigdy wcześniej emocje tak mnie nie poniosły.
- Josie! Zaczekaj!!! To nie tak! Daj sobie to wytłumaczyć! - Luke zrozpaczony biegł za mną. - Proszę!
- Nie będziesz mi niczego tłumaczył!!! - Emocje znów we mnie wezbrały. - Odczep się!!! Nie chcę Cię więcej widzieć!!!
- Ale...ale... - Zasapał się biedaczek... Niech zdechnie!!! Puściłam się pędem, próbował mnie dogonić, ale był za bardzo pijany by iść, więc co dopiero mówić o biegu.
***
   Nie mogłam przestać o nim myśleć. Mazałam się i to przez jednego, głupiego, aroganckiego, podłego, zimnokrwistego chłopaka. Zaczęłam mieć wątpliwości, co do tego czy na prawdę jest Australijczykiem z krwi i kości. Na pewno jest jakoś spokrewniony z Hitlerem. Normalny człowiek nie postąpił by tak z dziewczyną. Nigdy więcej nie dam się omotać jakiemuś chłopakowi. Nie dam sobą manipulować. Skończyło się!!! Nadal nie wierzyłam w to co mówię sobie w myślach. To było takie nie realne. Nie mogłam przestać się mazgaić. Usłyszałam komórkę. Ktoś do mnie zdzwonił.
- Halo. - Odebrałam.
- Hej, Josie. Jak się czujesz? O wszystkim wiem. - To była Mia.
- Jak mam się czuć? No jak? Czuję się beznadziejnie. Jestem bezwartościowa.
- Wcale nie. Jesteś bezcenna. Nie był Ciebie wart i nigdy nie będzie. Jest zwykłą szumowiną. - Podnosiła mnie na duchu. Nie odpowiedziałam nic. Jedyne na co mnie było stać w tej chwili to na załkanie.
- Nie płacz. Naprawdę, on nie jest tego wart. - Mia nie przestawała.
- Ale ja naprawdę wierzyłam, że jest taki... taki na jakiego wyglądał... - Kontynuowałam. - Ale jestem głupia.
- No może troszkę. - Mia się zaśmiała, a ja razem z nią. - No dobra nie zadręczam Cię dalej. Do zobaczenia. Trzymaj się i nie płacz!
      

12.

*pov's Jo*

Luke zabrał mnie na komedie romantyczną.Oglądałam ten film i zauważyłam, że tak samo jest ze mną i Lukiem, jak w tym filmie. Podczas seansu, o mało co nie zasnęłam, ale na szczęście on to zauważył i wybiegliśmy przed kino. Nagle ujrzałam Susan siedzącą przed restauracją.
-No tak !Wrzasnęłam.
-Co się stało? 
-Umówiłam się dziś z moją koleżanką, na zakupy.
-I co teraz zrobisz?
-Muszę cię przeprosić.
Pocałowałam go namiętnie i pobiegłam w stronę Susan. Podbiegłam do niej prawie wywracając się przy jej stoliku. Gdy pozbierałam się siadłam na krześle.
- Hej, Sus wiem że się umawiałyśmy ale wydarzyło się tak wiele że wypadło mi z głowy - powiedziałam ledwo łapiąc powietrze.
- Nie no dam rade, spóźniłaś się tylko godzinę - powiedziała przewracając oczami.
- Oj nie bądź taka, jak ci opowiem to mnie zrozumiesz - powiedziałam wysyłając jej przyjacielski uśmiech. Ona tylko znów wywróciła oczami. Nie widziałam problemu... Nagle wstała i zaczęła iść w stronę przystanku. pobiegłam za nią.
- Zaczekaj - krzyknęłam łapiąc ją za rękaw kurtki.
- Czego chcesz? - spytała
- Chce Ci wszystko wytłumaczyć- powiedziałam - naprawdę chce Ci wszystko wytłumaczyć - powiedziałam ciągnąć ją na ławkę przed barem. Siadła koło mnie niechętnie.
- no to co takiego ważnego wydarzyło się w twoim życiu? - spytała ironicznie Susan.
- spotkałam chłopaka - powiedziałam szczęśliwa - no moim rodzice wrócili do siebie, więc jak widzisz nie okłamuje Cie.
- Powiedziałam patrząc jej prosto w oczy.
- No niech ci będzie, opowiadaj jaki on jest?...

*pov's Mia*

Siedziałam z mamą, rozmawiałyśmy o wakacjach. nie mogłam się skupić cały czas w mojej głowie był Calum, Calum, Calum... Nie mogłam się przez to skupić. Mama chyba to zauważyła ponieważ przestała przeglądać katalogi biur podróży. Spojrzała na mnie dziwnie.
- O czym tak rozmyślasz - powiedziała wstając od stołu i kierując się w stronę kuchni.
- Amm... poznałam chłopaka - powiedziałam z uśmiechem na ustach.
- To świetnie - jak się nazywa? - spytała wracając z sokiem pomarańczowym.
- Calum pochodzi z Australii - oznajmiłam
- Jaki jest - odpowiedziała podając mi szklankę.
- Czuły, inteligentny, miły, romantyczny i przede wszystkim utalentowany.
- Uuu widzę niezła partia - zażartowała.
- Mamoo, przestań - powiedziałam przez zaciśnięte zęby - niedługo przyjdzie, będziesz mogła go poznać.
- Już nie mogę się doczekać.
Siedziałyśmy tak w ciszy aż usłyszałyśmy dzwonek. Poszłam otworzyć drzwi. Cal przywitał mnie z bukietem goździków w ręce. Zachichotałam. Był taki słodki a zarazem seksowny.
- hej - powiedział wręczając mi różowe kwiaty i całując w policzek. Był ubrany w vansy, zwykły biały t-shirt i czarne rurki. Przywitał moją mamę, chwile porozmawialiśmy po czym przeszliśmy do mojego pokoju.

niedziela, 13 lipca 2014

11.

- Josie!!! - Mama krzyknęła z przerażeniem w głosie.
- Jeszcze pięć minut... - Błagałam nieświadoma co mama właśnie widzi. - I nie nazywaj mnie Josie. - Dodałam z oburzeniem.
- Josephine!!! Co tu się dzieje?! Kim jest ten chłopak?! - Jaki chłopak główkowałam, póki nie...
- Dzień dobry, proszę pani. Nazywam się  Lukas Hemmings, może mi pani mówić Luke. - Luke się odezwał podnosząc się z podłgi.Zerwałam się natychmiast z łóżka.
- Mamo to nie jest tak jak myślisz. - Patrzyłam na nią przekonująco. - Luke przyszedł wieczorem...
- I wtedy jak rozmawialiśmy, Josephine zasnęła, więc położyłem ją do łóżka i przykryłem kocem. Nie chciałem jej samej zostawiać i zasnąłem opierając się o łóżko i osunąłem się na podłogę. Przepraszam za zamieszanie. - Dokończył Luke.
- No chyba, że tak. - Powiedziała uspokojona mama. - Może zjesz z nami śniadanie, Luke.  
- Z rozkoszą, proszę pani. - Wyszczerzył swoje idealnie białe zęby.
- A więc chodź na dół - powiedziała - A ty Josephine, przebierz się. - Mama jak zwykle na miejscu.
Wyszli z pokoju, a ja szybko wciągnęłam moje najlepsze dżinsy i top z napisem " I ♥ YOU ". Jak można się domyślić to wszystko dla Luka. Już zbiegałam po schodach, aż tu nagle... Luke. Wpadłam w jego ramiona. Przytuliłam go i usłyszałam chichot...chichot mamy. Mama patrzyła się na nas z uśmiechem.
- Co na śniadanie? - Przerwałam ciszę.
- Jajecznica i sok pomarańczowy. - Wyrzekła zadowolona mama.
- Mamo, jak było na randce z tatą? - zapytałam.
Mama się zarumieniła i spojrzała na mnie nieśmiało. Już wiedziałam, że musiało być nieziemsko.
- Pyszna jajecznica, proszę pani. - chwalił Luke.
- Dziękuję, Luke. Jedz, na zdrowie. - Mama posłała mu uśmiech.
- Mamooooo, nie podrywaj mi chłopaka. - Skarciłam ją.
- Oj oj, Już dobrze. - Zakpiła sobie ze mnie.
- Spokojnie Josephine, przecież wiesz, że jestem tylko twój. - Luke. Jakiż on słodki.
- Mój to mój, ale trzeba uważać. - Zażartowałam.
- A co teraz będziecie robić? - zapytała mama.
- Pozwoli pani, że porwę Josephine? - Jaki z niego Dżentelmen.
- Ależ oczywiście. Nie ma problemu. - Nie ma problemu? Jakie teksty...
No i porwał mnie po raz kolejny. Jedno pytanie. Czy nasza miłość rozkwita? - Kwitnie jak najczerwieńsza róża...           

10.

Nie mogłam zasnąć z zachwytu, że rodzice do siebie wracają. Byłam pełna emocji. Myślałam o mnie i o Luku. To również nie dawało mi spokoju. Z dnia na dzień miałam chłopaka, którego prawie nie znałam. Dawna Josie by tak nie zrobiła. Nie upiła by się. Nie byłoby takiej opcji. Ale Josephine jest inna. Josephine powstała teraz. Josephine jest sto razy lepsza, lepsza dzięki Lukowi. Tak to na pewno zasługa Luke'a. Josephine jest bardziej towarzyska. Tak, teraz jestem lepszą osobą. Rozmyślałam, i rozmyślałam, aż w końcu zadzwoniłam do Mii.
- Słucham - Odpowiedział jakiś chłopak.
- Mia? - Zapytałam, chociaż wiedziałam,że to ktoś inny. Znajomy.
- Nie. Tu Calum. Mia śpi. A kto mówi? - Spytał.
- Josephine. A czemu jesteś u Mii? - Byłam zdezorientowana.
- A czemu ty całowałaś się z Lukiem? - Odpowiedział pytaniem. Achh, jak ja tego nie lubię.
- Jesteś z Mią w związku? - Zdziwiona kontynuowałam serię moich inteligentnych pytań.
- Brawo! Szybka jesteś. - Zachichotał.
- Dobra, skoro Mia śpi to nie przeszkadzam ci. Pa. - Skończyłam.
- Do zoba! - Porzegnał się Cal.
Dobra, dobra teraz to już na pewno nie zasnę... Może obejrzę jakiś film albo posłucham muz...TRZASK!!!
- Psyyyytttt... - Ktoś krzyczał pod moim oknem. Moja reakcja była szybka, natychmiast podbiegłam do okna i je otworzyłam. Widok mnie nie zdziwił. To był Luke, rzucający w mój dom balonami z wodą.
- Hej poczekaj chwilę, zaraz Ci otworzę. - I pobiegłam na dół.
Po otwarciu drzwi nie byłam pewna co się dzieje, ale chyba Luke mnie przytulał i całował po twarzy, nie zdążyłam nawet zamknąć drzwi. Po minucie jakoś udało mi się wyrwać z jego ramion.
- Ej spokojnie. Nie rzucaj się na mnie jak zwierzynę, bo mnie rozerwiesz na strzępy i w końcu nic ze mnie nie zostanie. - powiedziałam, nabierając powietrza.
- Ale gdy nie mogę się powstrzymać. - Znów mnie przytulił, ale tym razem delikatnie.
- Widzisz, jak chcesz to potrafisz. - Powiedziałam i zamknęłam drzwi.
Mój Romeo mnie podniósł i zaniósł na górę.     
   

sobota, 12 lipca 2014

9.

- Josephine Josie Ciling!!! Gdzieś ty się szwendała przez dwadzieścia cztery godziny?! - Mama wyraźnie zdenerwowana, czekała na odpowiedź.
- Mamo, przepraszam. Byłam u Jamesa, później poszłam z Lukiem na lody i rolki. No i zleciało szybko, aż do teraz. - Odpowiedziałam, bojąc się trochę jej reakcji.
- Po pierwsze, kto to jest Luke? Po drugie, gdzie go poznałaś? Po trzecie, kim on dla ciebie jest? Tylko szybko. Masz pięć minut, bo za chwilę przyjedzie po mnie tata.
- Pogodziliście się z tatą? - Zapytałam zadowolona.
- Ale my się z tatą nigdy nie pokłóciliśmy. Musieliśmy tylko przez pewien czas od siebie odpocząć. I nie zmieniaj tematu.
- Odpoczywaliście od siebie przez cztery lata? - odpowiedziałam pytaniem retorycznym.
- Tak. A teraz szybko wszystko o Luku. - powiedziała stanowczo.
- No więc tak: Luke to przyjaciel Jamesa, mój chłopak i dobry przyjaciel, poznałam go u Jamesa, jest moją drugą połową...
Zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Ciekawe kto to? - I kolejne pytanie retoryczne wyciągnięte za rękawa.
- No ciekawe. - Dołączyła się mama.
- Tata? - zapytałam po otwarciu drzwi.
- Josie? - Odpowiedział mężczyzna.
Już byłam w jego ramionach. Nie mogłam go puścić. Tak, to był naprawdę on.
- Wrócicie do siebie? - zapytałam z miną pięciolatki.
- A myślisz, że byłbym tu gdybyśmy nie wracali do siebie? - odparł z uśmiechem.               

8.

Nagle usłyszeliśmy oklaski i okrzyki. Towarzystwo przyłapało nas na całowaniu.
- Chyba już oficjalnie jesteśmy parą. - Szepnął mi do ucha Luke.
- No chyba tak. - Z odpowiedzią posłałam mu uśmiech.
- Niech żyją nam...Niech żyją...Niech żyją nam...Niech żyją... - Jak zaczęli śpiewać to nie było końca. - A kto? Luke i Josie!!!
- Zwiewamy? Chyba się nie zorientują. - Luke mówił do rzeczy.
- Zwiewamy. - Zgodziłam się.
I naprawdę się nie zorientowali. Mieliśmy mnóstwo czasu dla siebie, jako para. A że dochodziła już trzynasta, Luke zabrał mnie na lody. Jak pasowało zapłacił za mnie. On chyba dużo o mnie wie. Wiedział , że do moich ulubionych lodów należą wiśniowe i takie też mi kupił. Nie pożałował też pieniędzy na bukiet tulipanów. Poznałam go trochę i naprawdę mogę stwierdzić, że jego tylko wygląd sprawia pozory niegrzecznego chłopca, a tak naprawdę jest przystojnym, zabawnym intelektualistą. Zapewnił mi też kilka innych atrakcji, a między innymi jazdę na rolkach, którą od tej pory uwielbiam. Świetnie się z nim bawiłam.
- My tu picu, picu, a czas leci. Wiesz może,która godzina? - Zapytałam.
- Nooooo. Dochodzi dwudziesta. - Odpowiedział Tak seksownym głosem, że nie chciało mi się go zostawiać, ale wiedziałam, że już i tak będę miała przekichane u mamy.
- Muszę iść - Zerwałam się nagle. - Do zobaczenia.
Próbowałam go pocałować w policzek, ale nie udało się, bo przeszkodziły mi usta.
- Odprowadzę Cię - Powiedział wstając.
- Nie trzeba - Próbowałam go zbyć bez powodu.
- Nie ma innej możliwości, niż ta, żebym Cię odprowadził. - Nalegał.
- Nie ma mowy. Wrócę sama. Jestem dużą dziewczynką. - I ruszyłam do domu.
Nie uszłam pięciu kroków i nie wiadomo w jaki sposób, już byłam na baranie u Luka.
- Nie da się z Tobą negocjować. - Stwierdziłam.
- Nie da - Potwierdził.
I oboje zaczęliśmy się śmiać, kontynuując konwersację.           

7.

Wytrzeszczyłam oczy. Nie wiedziałam co we mnie wstąpiło tego wieczoru. Przecież na ogół jestem grzeczną dziewczynką. Nie rozumiem tego co się stało. Ja chodzę z Lukiem? Jak to możliwe? Jeżeli mówi prawdę, to musiałam być strasznie pijana. Już nigdy w życiu nie wezmę do ust alkoholu. Będę abstynentem. Postanowione. Ale co teraz powiedzieć Lukowi. Rzeczywiście podoba mi się, ale czy aby na pewno z nim "chodzę" czy znów sobie ze mnie żartuje. Za dużo myśli na raz. To chyba nie najlepsze na kacu... Tak z pewnością to nie jest dobre na kacu.
- Prze... przepraszam. - I stało się, zwymiotowałam.
- I prawidłowo. Im szybciej pozbędziesz się z organizmu tego wszystkiego z wczorajszej nocy, tym lepiej. - Luke nie był tym ani trochę poruszony. Nawet się uśmiechnął.
Co jest z tym gościem? Czy jego naprawdę to nie rusza? Czy tylko jest takim dobrym aktorem? Przecież nikt nie może być taki...taki...nie do poruszenia, No chyba, że Hitler, ale on już kimnął na wieki. A może Luke jest jakimś jego potomkiem. Ale przecież Hitler był Niemcem, a Luke...
- Luke, masz może w rodzinie kogoś, kto ma niemieckie korzenie? - zapytałam.
- Nie. Jestem Australijczykiem z krwi i kości. A dlaczego pytasz?
- Myślałam, że może jesteś jakimś potomkiem Hitlera.
- Ale czemu? - Zarechotał tak słodko, że miałam ochotę go schrupać albo przynajmniej pocałować. I tak też zrobiłam. Skradłam mu słodkiego całusa.
- Nie musisz wiedzieć - Wyszeptałam.
- Jednak się do mnie przekonałaś - odparł z uśmiechem.
- No przecież ze sobą chodzimy - Powiedziałam - Tak?
- No teraz, to już na pewno - Odparł - Wcześniej to trochę... Co do tego wyznawania miłości... To nie do końca było tak, że ty mi ją wyznawałaś... Tylko ja ją wyznawałam TOBIE.
Łezka mi się w oku zakręciła jak to usłyszałam. Temu gościu naprawdę na mnie zależy. A najlepsze jest to, że ja też coś chyba do niego czuję.
- Ej za co to było? - Powiedział spoliczkowany.
- Hmmnn.... Za co to było? No niech pomyślę? Za te głupkowate kawały? Żarty strojone sobie ze mnie? Nie. Z pewnością nie. A za co niby? No za co, KURWA?!
- Przepraszam... - Lukowi zrzedła mina - Naprawdę...Przepraszam...
Pocałowałam go i to nie był niewinny całus, tylko pełen namiętności pocałunek.
-Czyli jednak mi wybaczasz?- Luke się uśmiechnął.
- Nie. Tylko żartowałam. - Spojrzała na niego poważnie, po czym wybuchnęła śmiechem i znów pocałowała.    
    

6.

Nie byłam pewna co się stało. Ocknęłam się. Strasznie bolała mnie głowa i było mi niedobrze. otworzyłam oczy i ujrzałam twarz Luka.Uśmiechnął się do mnie szarmancko i rzekł:
- Pobalowało się trochę.
- C...c...co? - wydukałam, nabierając powietrza.
- Ale muszę ci powiedzieć, że podobał mi się ten taniec na stole dla mnie, tuż przed tym jak usnęłaś. - Wyszczerzył się i pocałował mnie w usta.
Nie powiem, było to całkiem miłe, dopóki nie dotarło do mnie to co powiedział i w ogóle to wszystko.
- Co? - zabrałam szybko głowę z jego kolan i chyba przy tym połamałam mu nos. Polała się krew.
- Spokojnie. Opanuj emocje. Żartowałem. - Odetchnęłam z ulgą, gdy ujrzałam jego uśmiech.
- Przepraszam. Nic ci się nie stało? - Zapytałam opiekuńczo. - Trzeba chyba obmyć go z krwi.- Spojrzałam na nos.
- Spokojnie, to też był żart. To tylko ketchup. - Myślałam,że mu poprawie i naprawdę poleje mu się krew z nosa, gdy to usłyszałam.
- Ale czemu mnie pocałowałeś? - Sypnęłam inteligentnym pytaniem.
- Bo jesteś moją dziewczyną - Spojrzał na mnie pytająco. - Nie pamiętasz?
Zatkało mnie. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale w tym momencie wstałam i zamierzałam wybiec. Ale to nie było takie łatwe na kacu. Potknęłam się i upadłam. Leżałabym nie wiadomo ile, ale on już był przy mnie i podnosił na ręce.
- Kotku, nie w takim stanie - Odparł - Po twojej reakcji zakładam, że nie pamiętasz jak mi wyznawałaś miłość przed wszystkimi.